O autorze
Ostatnie notki
Zakładki:
Czary
Lubię
Mam zakaz
Przeglądam
Polska ![]()
Kontakt: kris.mm@gazeta.pl Online Users
|
czwartek, 19 listopada 2009
Przepisywałem dziś adresy, które z powodu likwidacji genialnej strony z muzyką musiałem zamienić na adresy z "youtube". Przy okazji posłuchałem sobie, tych rzeczy, które, jak je nazywam, są czarami. Czymś nie z tego świata. Ne Me Quitte Pas. Stanęły mi łzy w oczach. Pamiętasz? Nastoletnie, nieporównywalne z niczym później, zauroczenie piegiem, na nosie koleżanki z klasy, jej włosami, oczyma błękitnymi... A potem, dużo później jej ślub z moim starszym kolegą. Albo kucyki, komponujące się z brązowymi oczyma w nad wyraz dojrzałą, ale jakże piękną twarz, Twoje ręce, obejmujące mnie z tyłu, żeby pomóc mi zakręcić druciki postaci, którą robiłem. A to były sylwetki sportowców. Potem umówiłaś się ze mną. Poszedłem na spotkanie z sercem łomoczącym jak skrzydła ptaka. I zobaczyłem Cię, witającą się z moim bratem... Lata później sam zostawiłem dziewczynę, zakochaną, oddaną, ciepłą. Dlaczego? Nie wiem. Może miała za duże oczy? Potem było już z górki, żadnych namiętności, przeżyć, wzlotów. Żadnych upadków. Miałkość, chociaż chciało się przeżyć coś wielkiego, i wydawało się, że dążenie do tych samych celów zjednoczy, połączy, doda nam skrzydeł. Nie wyszło. Ty miałaś wymagania, ja nie umiałem odpuścić... Nie poszło dobrze. Zostały wspomnienia o wspólnym przepieprzonym życiu, które zaczęło się psuć od uwagi o sukience. Ech. I jeszcze jeden zryw, zauroczenie, zaćmienie, myśl, że coś się nareszcie zmieni, stanie, że przeżyję coś, czego nigdy nie miałem. Głębokie było, coś czego nie miałem, ale żal, że za późno. Zabiły nas różne oczekiwania i wyobrażenia, również potrzeby, a fatalne warunki i okoliczności były nam przeciwne. Ale przeżyłem coś wielkiego. Że krótko? Nie ważne. Przynajmniej było szczere jak w dzieciństwie. Bez warunków, hamulców, obaw. Motyle w brzuchu i łomotanie serca. Teraz patrzę na swoje związki inaczej. Jakbym zaczynał cenić co innego i, zdając sobie sprawę ze swych fizycznych możliwości, robię bardziej za przyjaciela, podporę, słup do wypłakania się, pomoc w nauce. I cieszę się, że mnie dziewczyny ciągle lubią. To taki mój mały egotyzm. Taka potrzeba. Więc za Gałczyńskim: "Kochajcie wróbelka dziewczęta, kochajcie, do jasnej cholery!" Tłumy na koncertach przeróżnych rapujących kapel, masy na stadionach piłkarskich i peregrynacje kibiców za swoimi zespołami, tysiące widzów na rajdach samochodowych i dziesiątki tysięcy fanów wyścigów samochodowych. Nie tylko tych formuły I, czy Indy Racing w USA, ale również takich typu NASCAR. Fanatycy, płacący pokaźne sumy za oglądanie walk bokserskich. Kickboxing, i zawody w klatkach bez reguł, bezlitosne walki kogutów i psów. I jedyna oaza spokoju w tych sportach: lekkoatletyka... Do tego zdziczałe "ustawki", choć w końcu, niby też rodzaj sportu.
Czy zastanawialiście dlaczego przychodzimy na takie zawody i widowiska?
Wyścig F1, Nascar, czy Indy, rajdy samochodowe, przeróżne crossy są nieciekawe, kiedy nie ma wypadków. 12 rund zawodowego boksu, bez nokautów jest nudne jak flaki w oleju. Piłka nożna, poza drobną grupą prawdziwych kibiców, służy do antagonizowania pseudo kibiców i dawania im pretekstu do bijatyki, siatkówka żeńska cieszy się ogromnym powodzeniem, bo widać rozebrane, ładne, wysportowane dziewczyny, w obcisłych bluzkach i spodenkach, zwijające się po podłodze... O plażowej siatkówce w bikini już nie mówię. Krew zabijających się psów i kogutów, wrzaski obstawiających, zmasakrowane twarze tych, co walczą w siatkowych klatkach bez reguł.
Sam oglądam wiele z tych spektakli. Ale nie jestem żadną wyrocznią, ani żadnym sumieniem. Jak inni ulegam zachciankom, zachciankom, które nazywają się zaspokojeniem potrzeby. To jak seks. Wciąga. Potrzebujemy seksu, odprężenia i rozkoszy, którą niesie, jak i owego podniecenia, które stymulują przeróżnego rodzaju zawody. Zwłaszcza te kontaktowe. Wypadki zostają na długo w pamięci. To cała adrenalina, którą te pokazy nam dają. Surogat udziału. Bo czyż nie pamiętacie państwo, do dziś, jak Senna wjechał w barierę pod kątem prostym?
Rządzą nami takie instynkty. Na pewno nie są najwyższych lotów. Mnisi, w dawnych czasach, dla uśmierzenia targających nimi chuciami, włazili w pokrzywy i kąpali się w zimnej wodzie. Dzisiaj, co niektórzy, podają brom.
Igrzyska. Od dawien dawna stanowiły wentyl, wentyl dla rządzonych, a jednocześnie kupowanie ich sympatii. W odległych, zamierzchłych czasach, urządzano festiwale na cześć bóstw. Niby aby zaspokoić ich potrzeby, a w rzeczywistości po to, by rozerwać ludzi. Tradycja przeniesiona z czasów walk gladiatorów.
Czymże innym, jak nie mini igrzyskami, ale z czynnym własnym udziałem, są dzisiejsze wyjazdy integracyjne organizowane przez firmy? Do tego jakie wspaniałe excuse dla współmałżonki/współmałżonka! To zupełnie niepotrzebne napędzanie sztucznej przyjaźni, której nie ma. Bo w firmach - zwłaszcza dzisiaj - jest miejsce tylko na wyścig szczurów i konkurencję.
Pamiętam, a wtedy było dużo więcej czasu niż dzisiaj, bo pracowało się znacznie mniej intensywnie, zabawy organizowane na statkach z okazji przejścia równika, czy też, w mniejszym stopniu, koła podbiegunowego, ale to z uwagi na mało przyjazne warunki klimatyczne. Statek na cały dzień przestawał pracować (no, poza wachtami i kucharzami). Od tygodnia zaś załoga pokładowa przygotowywała i stroje dla panującej pary tzn. Neptuna i Proserpiny, ich świty, przeróżnych piratów, diabłów, nimf, błaznów i dworzan, beczki ze "smołą", rękawy brezentowe, narzędzia kaźni, węże i specjalne menu dla neofitów. Wypisywało się piękne dyplomy, szykowało się mało smaczne poczęstunki (na przykład chleb z mydłem, towotem, czosnkiem, papryczką chilli i zakąskę ze szczególnie silnie osolonego śledzia z dżemem truskawkowym) i jeszcze gorsze napitki, które biedacy, rozebrani do naga, usmarowani po przejściu przez przeróżne pułapki i przeszkody, musieli zjeść i popić bez skrzywienia, aby udowodnić, że stali się prawdziwymi marynarzami. I wyłączano wodę na co najmniej godzinę, żeby ubrudzone "nowe" dzieci Neptuna nie mogły się umyć. Owo wyżywanie się na kolegach również nie należy do uczuć wyższych lotów... Choć widowiska bywały niezwykle barwne.
Ale tacy jesteśmy. Show must go on!
poniedziałek, 16 listopada 2009
Z blaskiem w oczach, ironicznym uśmiechem, milionom Polakom pan redaktor, w amerykańskim ujęciu, w dzisiejszych "Faktach" tefałenowskich, ogłosił, że już czas najwyższy, żeby rząd Donalda Tuska zabrał się za poważne systemowe reformy. Idiota, czy najemnik? Minimum wiedzy i inteligencji, wymaganej do tego, żeby być prezenterem w telewizji, musi świadczyć o tym, że ów pan wie doskonale, że żadne reformy, które mogą przyczynić się do poprawy warunków życia Polaków, a tym samym spowodować wzrost popularności PO i pana Tuska, nie mają szans z powodu oczywistej polityki pisuarów, w tym sterowanego przez Jarosława pana prezydenta. Więc, pomijając całą pisuarowską retorykę, dzięki komu nie ma reform? Proszę o trochę umiaru w bezczelnej indoktrynacji maluczkich. Wszyscy mamy marzenia. Mniejsze, większe, dobre i złe. Ja mam takie przed zaśnięciem, choć właściwie, to one koją niespełnienia dnia i pozwalają zasnąć. Jak dobra nasenna tabletka. Marzenia małe, żeby mieć trochę więcej pieniędzy, marzenia średnie, żeby nie zachorować, marzenia duże, żeby wszystko się układało, marzenia wielkie: żeby żyć szczęśliwie i wiecznie. Ech... Ale są i marzenia konkretne, takie, które ciągną się za nami nieomal całe życie. We Frisco, wracając do domu robiłem po drodze zakupy w sklepie sprzedającym warzywa i owoce. Też wina. Wszystko było czyste, pięknie wyeksponowane, pełna samoobsługa, wagi, torebki na stojakach, spryskiwacze do warzyw, które więdną bez odpowiedniej wilgotności otoczenia, uśmiechnięta ekspedienta przy kasie. Zamarzyłem: mieć taki sklep... Corner Shop: to takie miejsce na rogu ulic, gdzie sprzedaje się chleb mydło i powidło. Dość ciekawe, że w Kalifornii musiała istnieć jakaś ustawa, lub zarządzenie, które regulowały godziny otwarcia sklepów: otóż na jednym rogu sklep był otwierany od ósmej rano i zamykany koło dziesiątej wieczorem, a na drugim rogu od ósmej wieczorem do dziewiątej rano. Ale w tym "nocno-rannym" sklepie można było dostać świeżutkie gazety i bagietki, i - na ewentualnego kaca - zimne piwo. W moich marzeniach połączyłem oba sklepy: ten warzywny i ten na rogu. I myślałem, że pewnie, w kontraście do stereotypowych budek, zamienionych dziś na klitki sklepowe, byłoby to coś fajnego. Postawić na rogu, przy przystanku, który otwiera drogę dla wszystkich mieszkających na osiedlu. To marzenie ciągle we mnie siedzi, ale już nie dominuje. Oglądając Gordona Ramsey'a uświadomiłem sobie, że prowadzenie restauracji, czy małej, "rodzinnej" jadłodajni, ale na wysokim poziomie, to byłoby to, co na starość chciałbym robić. Planów ogromnie wiele, gorzej z finansami, z którymi muszę się uporać, ale wyobraźcie sobie knajpkę z ręcznie zbitymi stołami i ławami, starą, żeliwną kuchnią, kaczkami ganiającymi za siatką, pięknym widokiem na las i kieliszkiem czerwonego wina do wszelkich odmian owych kaczek! A to galantyna z kaczki, a to kaczka po polsku, nadziewana jabłkami i podawana z żurawiną, a to kaczka po pekińsku z przyrządzonymi "deep'ami", ostrymi, kwaśnymi i słodko-kwaśnymi, dosmaczoną świeżym ogórkiem! I wiejski, polski chleb. Tak mi się marzy. Szukam kasy. Może się uda. I to piszę ja, Wasz niepoprawny anty-kaczysta! PS: to się nie nadaje na jedzenie. Za zgryźliwe:
piątek, 13 listopada 2009
Panu rzecznikowi pomylili się obywatele z jedynie słuszną linią partii pod tytułem PiS. Gdyby chociaż pan rzecznik był z wykształcenia medykiem, wówczas mógłbym na to patrzeć inaczej, choć wystąpienia pana ex wice-ministra Piechy są skandaliczne. Ale nie mogę. Wypowiedź i zarzuty skierowane przeciwko rządowi, pana rzecznika, rzekomo w moim imieniu są tak absurdalne, że aż uszy więdną. Argument, że inne kraje kupiły szczepionkę, więc my też musimy przypomina mi starą anegdotę o tym, jak zbójcy napadli na karocę i dzielili zatrzymanych na dwie grupy: kobiet i mężczyzn, wiadomo w jakim celu. Wówczas mała dziewczynka wrzasnęła "Babcia też?" na co babcia, zakrywając jej usta wysyczała "Cicho bądź!". A poważniej, inne rządy, zareagowały na kryzys pompowaniem pieniędzy w banki. A nasz rząd nie. I co? Prześlizgujemy się przez kryzys z najmniejszymi stratami. A, i minister i premier, byli bardzo aktywnie namawiani do wpompowania pieniędzy. I dlatego cieszy mnie odpowiedź Ministerstwa Zdrowia (Sekretarz Stanu Jakub Szulc) na starcze utyskiwania i zarzuty rzecznika, który mnie, na pewno, nie reprezentuje. I to już nie pierwszy raz pan rzecznik pisuaru wcina się w sprawy, o których nie ma pojęcia. Nie mówiąc o tym, że zamiast pomagać obywatelom, to wzbudza panikę. Czas na dymisję, panie Kochanowski. I karę za wzbudzanie niepokojów społecznych: Kodeks Karny Art. 224. § 1. Kto przemocą lub groźbą bezprawną wywiera wpływ na czynności urzędowe organu administracji rządowej, innego organu państwowego lub samorządu terytorialnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. § 2. Tej samej karze podlega, kto stosuje przemoc lub groźbę bezprawną w celu zmuszenia funkcjonariusza publicznego albo osoby do pomocy mu przybranej do przedsięwzięcia lub zaniechania prawnej czynności służbowej. § 3. Jeżeli następstwem czynu określonego w § 2 jest skutek określony w art. 156 § 1 lub w art. 157 § 1, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. * Motto: Polityk, to ktoś kto stracił zdolność myślenia, ale jeszcze nie stracił zdolności mówienia. (Tytuł sam mi się narzucił. Wynika z obserwacji ust pani profesor). Już w styczniu w Dziennik.pl (12-01-2009) pani prof. Jadwiga Staniszkis robiła z pana posła Palikota błazna. Miłość pani profesor do tego polityka jest znamienna. Zastanawiam się o czym to świadczy, ale myślę, że to taka cecha większości Polaków: zawiść. Pani profesor demonstruje swoje braki emocjonalne poprzez czrwono-krwistą szminkę, z czego zrobiła swój znak firmowy. Ale też wygląda to bardzo, delikatnie mówiąc, tandetnie. Znalazłbym inne określenia, ale się powstrzymam. Pani profesor ma też inną cechę. Jest ona równie charakterystyczna jak ciekawa. Otóż poglądy pani prof., z niedookreśloną częstotliwością, zachowują się jak sinusoida. Co prawda oś X, o ile przyjmiemy dodatnie wartości jako poparcie dla PO, a ujemne krytykę tej partii, zdecydowanie przesunięta jest w górę (to znaczy, że plusów dodatnich jest niewiele). Wszak miłość pani profesor do bliźniaków jest wszechobecna, wszechwielka, doskonale znana i nieomal bezwarunkowa. Ciekawe zaś jest to, że tak długo, jak pisuary się nie "objawiły" jako samodzielne dzieło bożka J., pani profesorka od socjologii, prezentowała dość krytyczny pogląd na politykę, zjawiska społeczne i gospodarkę. Więcej, poglądy te były dość obiektywne. Ale już nie teraz. Pani Staniszkis miesza z błotem pana Palikota, nazywając go błaznem, bufonem, bezmyślnym niszczycielem PO. Miesza go z dziwną, silną, zajadłością. Droga pani profesor. Tyle powinna pani wiedzieć: gustów się nie dyskutuje, więc nie miałbym pani za złe, gdyby pani po prostu nie lubiła Palikota. Ale taki frontalny atak? I to w wyraźnie tendencyjnych medialnych, że się tak wyrażę, organach? Nie stać pani na więcej? Przypisywanie mu niegodnych intencji? A gdybym tak, przez pryzmat pani szminki zaczął oceniać pani dorobek naukowy? To co by to było? Ano bloody mary. Motto: Polityk, to ktoś kto stracił zdolność myślenia, ale jeszcze nie stracił zdolności mówienia.
czwartek, 12 listopada 2009
Od razu zaznaczam, że ta teoria (moja własna!) nie ma nic wspólnego z rzetelnymi badaniami, ani tez nie jest oparta na żadnych podstawach naukowych, obiektywnych danych, źródłach pisanych, czy wiedzy tajemnej. Po prostu tak mi się wydaje. Od lat, co najmniej dziesięciu, bo pozostałe dziesięć przeżyłem w pozytywistycznej euforii po obaleniu w Polsce komunizmu, więc wtedy, kiedy inni pracowali nad przejęciem wszystkiego, ja się zachłystywałem "wolnością", zauważyłem, że dziwnie jakoś zwolenników dawnego porządku, socjo-komunizmu, braci radzieckich, państwa republik sowieckich, systemu Kalego i Lenina, a nawet Robin Hooda, choć ten ostatni był dość sprawiedliwy, zamiast ubywać, przybywa. Słucham sprawozdań telewizyjnych z różnych meczów i zawodów. Kiedykolwiek tylko występuje zawodnik z dawnych sowietów (teraz Rosjanin), zachwyt reportera nie zna granic, a że biega po wyśnionej, najefektywniejszej linii na korcie, a to że przepięknie się złożył i tak zagrał "skośnie", że nikt nie mógł odebrać tak perfekcyjnego podania, i smutek bezdenny, kiedy mu zagranie nie wyszło, a to znowu gra "zborna" (bo przecież nie drużyna, bo drużyna to coś podlejszego, polskiego, ale ZBORNA to jest coś!). I tak dalej. No i to pełzające rozprzestrzenianie się wiary w dobroć systemu sprawiedliwości społecznej, urawniłowki, pogłębionej karierami profesorskimi niemiłosiernie nam panujących. Prawo pracy. Coś jak teoria marksistowska walki klasowej pracowników z pracodawcą. I wszystkie tęsknoty pisuarowsko zorientowanych działaczy do ścigania, sądzenia, karania, wytykania, obrzucania błotem w imię jedynie słusznej racji Jarosława. Manipulacje teczkami i instytut do ścigania porządnych ludzi. Myślę, przy okazji, że myli się profesor Timothy Garton Ash (11-11-2009 TVN24 "Areopag gdański"), że potrzebna jest Polsce "Komisja prawdy", bo, znając naszą rzeczywistość, prawdę natychmiast zmanipulują, korzystając z IPN-u, dzielni mali ludzie. Więc nie wyjdzie, tym bardziej, że ich złość musiała bardzo urosnąć po policzku jaki dostali w czasie obchodów runięcia muru berlińskiego. Zgroza! Słowem o nich nie wspomnieli wstętni Niemcy (ani żadni inni zgromadzeni politycy)! I dalej, owe, typowo komunistyczne działania propagandowe zmierzające do pogłębiania podziałów, we wszystkich warstwach i wszystkich grupach społecznych, w tym również wśród wierzących, poprzez hołubienie kolesia z Torunia i całkiem sporej grupy słuchaczy jego gadzinówki. Namawianie durnych roboli i dzianych (obowiązkowo w czarnych długich płaszczach) działaczy tej, że tak powiem, niby "Solidarności", do strajków w celach wymuszeń podwyżek i żądań typowego, dla systemu epoki słusznie minionej, równania w dół wszystkich ze wszystkimi, rzekoma walka z elitami, i układami. A jak się przyjrzeć konstrukcji otoczenia pana prezydenta to co się widzi? Starzy znajomi od lat. Każdy z Lechem K. od zarania dziejów. To nie układ? Typowy. I komunistyczny do tego. Takie to objawy i zjawiska zauważam. Moja teoria tyczy się zaś przyczyn takiego stanu. Otóż pracowałem kiedyś z młodym człowiekiem, podstępnym, niekompetentnym, kłamliwym, przebojowym, dobrze ustawionym finansowo (z bogatej rodziny - taki charakterek jak "zdradziecka siksa" z "Dr Hous'a"), który kiedyś, w przypływie szczerości, przyznał mi się, że jego rodzice byli działaczami PZPR-u, a on sam prowadził na suwalszczyźnie kampanię wyborczą SLD. I to właśnie moja teoria. W wielu rodzinach, szczególnie tych o niskim poziomie intelektualnym, głównie więc robotniczych, zachował się kult komunistycznego porządku: "czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy", kult bezpłatnej opieki zdrowotnej i automatycznego zabezpieczenia emerytalnego. Co złe, zostało zapomniane. Inna część społeczności, ludzie z wierchuszki PZPeeR-owskiej, dobrze ustawieni w czasach chaosu procesów prywatyzacyjnych, zaczęli usilnie pracować nad przejęciem majątków i dóbr, pewnie nie zawsze w sposób legalny. Ale mieli dojścia. Zaczęły się tworzyć "różowe" fortuny. A niemądrzy intelektualiści, którzy stali za ruchem solidarnościowym, dalej walczyli o ideały, nie dbając o dobra doczesne. A że "czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci", więc wydaje mi się, że wychowanie w nierefleksyjnym środowisku rodzinnym legło u podstaw komunizacji poglądów dzisiejszej aktywnej części społeczeństwa. Przy czym, z uwagi na zmianę wachlarza wartości, i jego przesunięcie się z wartości moralnych w kierunku komercji, gdzie uczciwość i sprawiedliwość się zdewaluowały, wszelkie naruszenia moralne pokrywane są hipokryzją, a cele osiąga się przy pomocy kampanii reklamowych, które przybierają formę "poprawności politycznej". To skutecznie eliminuje konkurencję. Dzieci owych robotniczych i post komunistycznych rodzin, wychowane zostały w duchu komunizmu, choć pewnie nie zdają sobie z tego nawet sprawy. Taki był klimat w ich domach. Potem się podkolorowali, biedni poszli, za bezsprzeczną namową pisuarów, palić opony i zwalczać rządzących w imię idei IV RP i komunistycznych praw pracy pana, że się tak wyrażę, profesora z Pałacu Namiestnikowskiego, inni zajęli się zarabianiem kasy i urabianiem opinii publicznej na modłę przyjaciół "starego" jedynie dobrego systemu. Pogrupowali się więc w stacjach telewizyjnych i w prasie. Stąd taka miłość mediów do kaczyzmu. Wyjątkiem jest, zwalczana przez wszystkich, "Gazeta Wyborcza", bo skupili się tam ludzie, którzy ostali się z owej czystej ideowo i intelektualnie czołówki, wspierającej kiedyś ruch pod tytułem "Solidarność". Reszta jest różowa, i niestety, staje się coraz bardziej czerwona. I tak, jak Mazowiecki zrobił błąd kreśląc swoją "grubą kreskę", tak Wałęsa nie popisał się, odbierając "Gazecie Wyborczej" prawo do znaczka Solidarności. Przynajmniej, Panie Lechu, zostałby symbol.
Motto: Polityk, to ktoś kto stracił zdolność myślenia, ale jeszcze nie stracił zdolności mówienia.
środa, 11 listopada 2009
Powiesił się więzień. Jeszcze jeden dowód na mało humanitarną karę jaką jest dożywocie. Ktoś wrażliwy cierpiałby całe życie. Więc wybrał szybsze rozwiązanie. Ale nie to jest istotne. Pan redaktor Maciej Mazur był łaskaw tak spuentować owo wydarzenie (zgodnie z prawem i przepisami w areszcie śledczym nie odbiera się sznurówek i osobistej odzieży, a aresztowany powiesił się właśnie używając sznurówek i troków od bluzy dresowej) : "Wszystko było zgodnie z prawem, ale ze zdrowym rozsądkiem nie do końca!" Otóż tak. Ciągle o tym mówię. Tyle, że nie zawinili urzędnicy więzienni, a politycy stanowiący prawo. W końcu po to owo prawo stanowią, żebyśmy je przestrzegali, prawda? Pańska ironia, panie Mazur, była źle zaadresowana. I na marginesie. Wasza stacja przypuściła dziś frontalny atak na panią minister Ewę Kopacz, zapominając, w swojej "uczciwości" o tym, że to wasz ulubiony prezydencik blokuje wszelkie większe reformy, uniemożliwiając wprowadzenie gruntownych zmian. Kiedy to się u was skończy? *** I, trochę od lasa, ale męczy mnie to od paru dni. Uzmysłowiłem sobie, że wszelkie agentki feministek działają, de facto, na szkodę kobiet. Zamiana kobiet w mężczyzn jest aktem nierozważnym i głupim. Równouprawnienie, które jest celem owych bojowniczek odziera piękną płeć z owej delikatnej piękności. I nie chciałbym, żeby skończyła się ta "urawniłowka" tak: Motto: Polityk, to ktoś kto stracił zdolność myślenia, ale jeszcze nie stracił zdolności mówienia. Jak każdy, za wyjątkiem chorych, kretynów i ich pogodnej wersji, mam swoje dołki. Mam swoje strachy i lęki. Czasem pukają nawet wtedy, kiedy czuję się pozytywnie nastawiony do świata. Wtedy je bagatelizuję, upycham do kąta, ale wiem, że są. I nie są to lęki egzystencjalne. Nie jest to strach przed biedą, strach przed samotnością. To strach przed samym sobą. Uświadamianie sobie, jaki jestem. Co, w owej, ponoć boskiej, konstrukcji szwankuje. Które tryby nie chcą, jak w nadpsutej skrzyni biegów, zaskoczyć powodując okropny zgrzyt. To również rodzaj spowiedzi, takiej dla siebie. Od, bodaj, czternastego roku życia nie chodzę do kościoła, potem - równolegle z procesem zapominania "Ojcze nasz..." rozstawałem się z Kościołem i religią. Dlatego spowiedź, konfesjonał, uważam za jedno wielkie oszustwo. Owszem, werbalizacja swoich grzechów, jeśli szczera, wymaga pewnej odwagi i pomaga, stąd przecież wszelkie terapie, w tym grupowe rozdrapywanie ran. Ten głośny rachunek sumienia zamieniany jest na spowiedź, ale też jest to ucieczka od odpowiedzialności - wyspowiadam się, odklepię jakieś pacierze i po sprawie. Można zacząć grzeszyć od nowa. A ponieważ życie budujemy na kłamstwie i półprawdach, więc i spowiedź nie zawsze bywa szczera. I mój pierwszy strach to uświadomienie sobie, że moich grzechów mi nikt nie odpuści. Muszę z nimi żyć, muszę ich żałować, muszę się rozliczyć, muszę je oceniać, wartościować, a jeszcze trudniej: zdobyć się na odwagę naprawienia wyrządzonego zła. Mimo tego, że zło (tak samo jak dobro) jest niemierzalną i subiektywną wartością. Drugi strach to świadomość niebytu po śmierci. Śmierć jako akt ostateczny jest znacznie trudniejsza od śmierci wierzącego w siedemdziesiąt dwie hurysy w niebie, lub w Piotra witającego u bram raju. Nb mój dziadek mawiał (pewnie to nie jego, ale od niego to słyszałem), że woli trafić do piekła, bo towarzystwo tam ciekawsze! No i jaki seksizm w tym islamie! A co dostaną kobiety, w imię Allaha okaleczone za młodu? Trzeci strach to strach przed samym sobą, strach przed nieobliczalnością własnych poczynań, własną małością, samolubstwem, zaspokajaniem, za wszelką cenę, swoich potrzeb, które w pewnej chwili zaczynają wyglądać jak przyjemności. To zaś wiąże się z nieliczeniem się z innymi i ucieczką od przyjętych norm życia społecznego. Własna wyspa. To by było to. Z moim ustawodawstwem. Czwarty strach to brak odwagi. Odwagi przed spotkaniem z nieszczęściem innych. A jeżeli jeszcze pogłębiony świadomością, że mogło być inaczej? *** Miałem kiedyś agencję zatrudniającą marynarzy, krótka przygoda, stracone pieniądze, ale miałem. Szukałem kiedyś kapitana na dość trudny statek, tankowiec do przewozu płynnego asfaltu. Rozmawiałem z kolegą z roku, z którym przez trzy lata mieszkałem w jednym pokoju. Nie chciał, twierdził, że ma "swojego" armatora, pływa u nich od lat. Nie chce zmieniać, tylko dlatego, że oferowana przez moją agencję pensja była o kilkaset dolarów wyższa. W trzy tygodnie później dotarła do mnie tragiczna informacja. Statek Wojtka zatonął na Śródziemnym. Uratowali się wszyscy, poza kapitanem. Różne wersje jego śmierci, ale to nieistotne. Jego żona (ponieważ nie wyłowiono jego ciała) zdesperowana i zrozpaczona wydała później wszystkie pieniądze na poszukiwania w Afryce północnej, twierdząc, że on na pewno dopłyną do brzegu i jest przetrzymywany przez jakieś afrykańskie (murzyńskie, albo arabskie, jako, że północ Afryki jest arabska!) plemię. Kapitanem był Wojtek. Może, gdyby przyjął moją propozycję? * Tomek. Chief oficer na ms Heweliusz. Zmarł w trakcie opuszczania statku pamiętnej sztormowej nocy, kiedy "Heweliusz" zatonął. Serdeczny kolega, z którym przeżyłem całą młodość, zabawy na podwórkach, wyprawy do lasów, wygłupy w domach. Nasi rodzice byli zaprzyjaźnieni. Chyba miesiąc przed jego śmiercią odwiedziłem Irenę, jego żonę w ich gdyńskim mieszkaniu. Pytałem, czy Tomek nie myśli o pracy za granicą. Irena twierdziła, że tak jest dobrze, bo Tomek pływa blisko, pracuje dwa na dwa tygodnie, dużo jest w domu. Irena była sierotą, małżeństwo z Tomkiem, było dla niej zdobyciem całej rodziny, tym bardziej, że wszyscy ją kochali. Miesiąc przed tą wizytą zmarł ojciec Tomka. Potem Tomek, miesiąc później mama Tomka. Irena została sama z dwoma chłopcami. Nie miałem odwagi jej odwiedzić. Strach? Brak odwagi? Słaby kręgosłup? * Krzyś, znakomity, rzutki Chief Mechanik. Pływaliśmy razem ze trzy lata. Miał znakomitą opinię w firmie. Ciągle zapracowany, biegający z biura do siłowni, z siłowni na pokład, usprawniający co się da, reorganizujący pracę tak, żeby była wydajna i efektywna. Ciągle w biegu. Zwłaszcza w porcie, kiedy braliśmy paliwo i zaopatrzenie. Wszystko sprawdzał sam, żeby nie było pomyłki. Powiedziałem mu kiedyś, że kiedyś przez ten pośpiech zrobi sobie krzywdę. Już nie pływałem, kiedy przyszła wiadomość, że Krzyś nie żyje. W trakcie brania zaopatrzenia stanął nieszczęśliwie pod statkowym dźwigiem suwnicowym, który zabierał ostatni ładunek z barki. Coś źle poszło, ładunek się urwał i spadł na niego. Zginął na miejscu. Byłem na pogrzebie, byłem na stypie. Ale potem zabrakło odwagi do podtrzymania znajomości z jego żoną. * Każdy ma jakieś wpadki, których się wstydzi. Zastanawiam się, czy wierzący, powierzający swe sumienie "sile sprawczej, wyższej" nie likwiduje przypadkiem swoich stresów wynikających z wyrzutów owego sumienia? Choć nie wszystkie wpadki muszą być jednocześnie grzechem. Błędu w sztuce nie da się oceniać w kategoriach moralnych. Ale zatajenie prawdy już tak. Raz w życiu przyznałem się do błędu, dość kosztownego, i, za szczerość, moje notowania w firmie wzrosły znacznie. Do tego stopnia, że armator awansował mnie na kapitana. Może więc nie trzeba się bać prawdy?
poniedziałek, 09 listopada 2009
Leży u mnie stosik nie otwartych kopert z mojego banku. Mam tam konto od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, więc bardzo, bardzo długo. I to chyba jedyny powód, dla którego nie zmieniam banku na inny. Jedna z nie otwartych kopert, przypadkiem, znalazła się jako zakładka w książce z przepisami chińskich potraw. Ponieważ była dość gruba, więc ją otworzyłem. Poza rejestrem moich wydatków (cztery strony!) znalazłem dwustronicową, starannie wydaną, ulotkę zachęcającą mnie do wzięcia ekspresowej pożyczki (czyżby słowo kredyt już się źle kojarzyło?). Jestem dość nieufny, jako że za trzymane przeze mnie pieniądze na rachunku bieżącym bank, nie dość, że pobiera, za prowadzenie rachunku, za przelewy i inne takie, jakieś nieadekwatnie wysokie pieniądze, to, w zamian, moje zasoby oprocentowuje czymś śmiesznym co, zdaje się, nie osiąga nawet 1% w skali roku. I nieuczciwość banku: przeryłem cały serwis internetowy banku, żeby sprawdzić jakie to oprocentowanie konta faktycznie jest. I co? I nic. Nie ma takiej informacji. Sprytne nie? Przyjdź do nas, powierz nam swoje pieniądze, a my już ci za to, że je u nas trzymasz, NIC nie damy. Wracam do ulotki o ekspresowej pożyczce. Wiem, że lichwa, nawet w PRL, była, a, w RP jest karalna. Ale wiem również, o czym przekonałem się pracując szereg lat w handlu zagranicznym, że pewne dziedziny działalności gospodarczej (jak handel, bankowość) są zalegalizowanym (bo skodyfikowanym) oszustwem. Bo ustawodawcy - ów głupi cyrk na Wiejskiej, z jego zawartością - pamiętali o zabezpieczaniu interesów pewnych grup, a na pewno nie pamiętają o szarych obywatelach, dzięki którym oni, że się tak wyrażę, politycy mogą się tam bawić. I lichwa, gorsza od hazardu, trwa. Z ulotki dowiedziałem się, że mogę pożyczyć, tylko na dowód, kwotę do PLN 4000,00 na bardzo korzystnych warunkach, bo spłata będzie mnie kosztowała (na pierwszej stronie reklamy) PLN 1.86 dziennie, za pożyczkę w wysokości PLN 1500,00. Teraz wiem, dlaczego istnieje lobby, które jest przeciwne wprowadzeniu matematyki na maturze. Bo głąb nie policzy (twierdzi, że to mu nie potrzebne) i z rozdziawioną gębą, że taka tania pożyczka, kredyt weźmie. A ja wziąłem kalkulator, odwróciłem stronę i policzyłem, że bank chce ode mnie wyciągnąć: - za pożyczkę PLN 1000,00 aż PLN 319,40 tzn. 31.94%; - za pożyczkę PLN 3000,00 aż PLN 1668,00 tzn 55.60%. Więcej nie liczyłem. Ale oprocentowanie kredytu w wysokości ponad 50% jest wyraźną lichwą. I odbywa się w ramach obowiązującego prawa.
Panie prezesie, panie premierze, panie Janie Krzysztofie Bielecki! Nie wstyd panu? PS: kiedyś prowadząc firmę chciałem zaciągnąć kredyt, jako osoba prywatna, ale prowadząca działalność gospodarczą, czyli mająca zabezpieczenie w maszynach i nieruchomościach, również w dodatnim saldzie na koncie, które w owym banku miałem. Niestety, nie byłem zatrudniony u siebie. Dowiedziałem się, w tym banku, że nie dostanę kredytu, bo do tego, żeby go dostać potrzebne jest zaświadczenie, że jest się zatrudnionym. Na pytanie, czy pracownik, którego zatrudniam dostałby taki kredyt, odpowiedź pani bankierki była pozytywna. "- Bo on jest u pana zatrudniony!". Ręki opadają. Motto: Polityk, to ktoś kto stracił zdolność myślenia, ale jeszcze nie stracił zdolności mówienia. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||