prawdy wg ks. Tischnera

Góralska teoria poznania mówi, że są trzy prawdy: Świenta prowda, Tyż prowda i Gówno prowda.
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
  • kris.mm
Ostatnie wpisy
  • Australian Open 2012
  • Gang rządowy.
  • Tele wizje...czyli woda z ...
  • Aleś się Pan wpieprzył!
  • Zima 1978/1979 i "Little Boy"
  • Wigilia na morzu
  • Święta 2011
  • Ciekawostka
  • Feminomachia
  • Nie idę z tobą do łóżka!
Zakładki:
! Uwaga - Oferta
Sprzedam działkę - Mazury
X
Czary
A Taste of Honey
Babie-lato
Bolero - M.Ravel
Et Si Tu N Existais Pas
Etiuda c-moll "Rewolucyjna" - F.Chopin
Hujawiak
I'm sorry
Jak listy
Looking For The Summer
Ne Me Quitte Pas
Pod Papugami
Redemption Day
Rhapsody In Blue
Samba przed rozstaniem
Stayin' Alive
Summer Wine
Take Five
Tell Me All About It
Tomorrow Never Dies
Unforgettable
Wszystkie stworzenia małe i duże
Lubię
Daria_Nowak
Lipsson
Sama ze sobą
Wildczycy life stories
Mam zakaz
Przeglądam
E.Wedel
Haj001
Kadarka Cybertaniec
Kadry z życia...nie tylko mojego
Lady Kari
Marga77
Pajoa (Przez palce)
Pamiętnik lekarki
V piętro

OFERTA

Plan dzialki

Kliknij na zdjęcie!


Text




Polska

kris.mm


Kontakt: kris.mm@gazeta.pl


Online Users

statystyka
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Wersja mobilna
Zapisz się na newsletter! Liczba zapisanych: 2
zamów newsletter
Kategorie: Wszystkie | Aliens i nie tylko | Erotyki | Favorities | Nauka i Technika | No comments | PS | Samo życie | Towarzyskie | Zadziwienia | Zamarzenia | słuchać hadko | Żart | Życie płciowe ssaków
RSS
sobota, 28 stycznia 2012
Australian Open 2012

Turniej tenisowy. Jeszcze się nie skończył, jutro finał mężczyzn. Mam nadzieję, że mój ulubiony tenisista Novak Djokovic wygra z moim nielubianyn Rafaelem Nadalem.

Tu napięcie pięknej dziewczyny (żony?) Djokowic'a podczas jego wspaniałego występu w półfinale Australian Open, w którym pokonał Andy'iego Murray'a.

                           kris.mm

Z radością oświadczam, że w tym półfinale spotkało się dwóch dżentelmenów : żaden z nich nie robił głupich uwag, żaden nie zaciskał, nawet w silnych emocjonalnie momentach, pięści i grali bardzo fair i bardzo mile dla oka. A emocje były.

Turniej jest sponsorowany przez jedną z koreańskich firm produkujących samochody. I co chwila przewija się reklama samochodu poprzedzona hasłem "I like Australian Open" ("Lubię Turniej Australia Open") ze wstępem składającym się, m innymi, z takiego zdjęcia.

                        kris.mm

Oświadczam, że też lubię uda dziewczyny w takiej pozycji Open!

Zastanawiam się, czy, kiedy turniej się skończy, to reklama będzie zaczynała się (bo to już będzie "Australian Close", czyli Zamknięcie Turnieju) takim zdjęciem:

                u.a.

11:58, kris.mm , Towarzyskie
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 stycznia 2012
Gang rządowy.

                     http://student.onet.pl/poradnik/uczelnia-mafia-czyli-kto-jest-kim,1,3781897,artykul.html

Cóż to jest gang? To zorganizowana grupa przestępcza, takie samo określenie  jak istniejące w przestrzeni publicznej inne tyczące się mniejszych gangów, jak na przykład gangi motocyklowe, gangi młodzieżowe. Często są to większe struktury z własną organizacją. Często gangi są "wyciągniętym ramieniem mafii".

A co to mafia - etymologia słowa jest dość prosta - pochodzi z nazwy sycylijskiej tajnej organizacji zorganizowanej w grupy (gangi) przestępcze o dużych wpływach, powiązaniach z różnymi szczeblami władzy, policją, biznesem, prowadząca działalność służącą jej przestępczym celom.

W Rzeczypospolitej Polskiej mamy strukturę władzy opartą na piramidzie zależności: premier - rada ministrów - wiceministrowie - urzędy ministerialne - organizacje rządowe - urzędy wojewódzki itd. Do tego powiązania (partyjne) rządzącego ugrupowania z najsilniejszym klubem poselskim. Niemniej jednak faktem jest, że najważniejsze decyzje podejmowane są przez premiera i akceptowane przez radę ministrów. Ile to osób?

                                                             22!

I te 22 osoby są w stanie, według swego widzimisię  narzucić całemu społeczeństwu, używając swoich wpływów, władzy i organizacji, wolę premiera, nie konsultując ich ze społeczeństwem. To typowo mafijne działanie, o ile nie czysta dyktatura. A mowa oczywiście o ACTA. W tej sprawie i minister Graś i minister Zdrojewski, a przede wszystkim minister Boni nakłamali tyle, że można by o tym napisać książkę. Clou wszystkiego było wystąpienie premiera, który z groźną miną (twierdząc, że wszyscy jesteśmy internautami) nazwał wszystkich, którzy zablokowali strony premiera i innych prominentnych działaczy, a również urzędów Unii,  terrorystami i oświadczył, że nie będzie tolerował takich działań.

A my mamy tolerować działanie pańskiego gangu?

Przypominam panu premierowi, że owi "hakerzy", internauci i użytkownicy internetu i współczesnych wynalazków komunikacyjnych to również społeczeństwo.

Przypominam święte oburzenie polskich oficieli kiedy internet zablokował rząd Chińskiej Republiki Ludowej!

Przypominam, że nie tyko Polacy, ale również Niemcy i (bodaj) Anglicy dołączyli się do społecznego protestu!

Przypominam również, że ani Europa, ani Polska, nie muszą popierać ustaleń USA i Japonii, które mają chronić ich wielkie korporacje. I do tego znowu podpisanie w Japonii! Jak bzdurny protokół z Kioto!

Panie Cap0 di Tutti Capi! Niech pan się opamięta!

14:52, kris.mm
Link Komentarze (4) »
piątek, 06 stycznia 2012
Tele wizje...czyli woda z mózgu.

         www.google.com/

"Fanatyzm jest jedyną siłą woli, którą mogą osiągnąć także słabi i niepewni." (Fryderyk Nietzsche) - usłyszałem w TV (nie pamiętam której), ten cytat, ale lekko zmieniony, co uradowało moje serce, bo zamiast "mogą osiągnąć także słabi" było zacytowane "mogą osiągnąć mali i słabi". Program był bodaj o Adolfie Hitlerze.

I tak jakoś dziwnie owa charakterystyka pasowała mi do pewnego naszego małego, zajadłego polityczka.

                                                          *

Beata Tyszkiewicz, z właściwym sobie arystokratycznym wdziękiem, wzięła udział w reklamieING Bank Śląski mówiąc kwestię w pięknym staropolskim języku:

"Czy istnieje tu aura pozbawiona przewodnictwa, iżby siecią międzynarodową biletów płatniczych transmisji dokonać, jednakowoż kosztów tejże transmisji nie ponosić?"

Co skwitował jeden z młodych świadków zdaniem:

"Chyba chodziło o Wi-Fi,  żeby tę kasę przelać za freek"

No i mamy tę różnicę "klasy językowej" i obecne skrótowce sms-owe!

                                                         *

Pewna pani, reklamując jakiś lek dla dzieci oświadcza "Ja jako mama naprawdę polecam..."

Rozłóżmy to na części: być może dla dzieci "Ja jako mama" jest rodzajem autorytetu. Jako lekarz już gorzej, a jako farmaceuta zupełnie beznadziejnie - tak jak porady słynnej sąsiadki dla idiotów. I przypomina to ową grę półsłówek: "JAJA KOBYŁY" . No i moje ulubione "naprawdę" - ciekaw jestem NAPRAWDĘ ile ta pani i autorzy reklamy wiedzą o leku, który "naprawdę" reklamują!

                                                          *

Nastała moda, pewnie wywołana przez speców od wizażu, że ktoś kto biega jak głupi i macha rękoma i jest "dynamiczny" na pewno wywrze wrażenie na telewidzach, zwłaszcza kiedy aktor/model przemieszczając się szybko w trakcie wygłaszania kwestii, z groźną miną, jak szefowie mafii, wygłosi kwestię reklamową. Na pewno, wbrew specom od PR-u nie zachęci to mnie do ubezpieczenia się w firmie PROAMA.

                                                          *

Bodaj aparat fotograficzny firmy NOKIA jest reklamowany hasłem, które, pewnie, i zleceniodawcy i autorowi wydało się przebojowe i "silne". Otóż aparat jest reklamowany jako urządzenie, które szybciej myśli niż właściciel!

Ładne. Który mężczyzna kupi taki aparat, który będzie od niego mądrzejszy?

                                                          *

Swoją drogą kto uczy tych radosnych twórców?

15:55, kris.mm , Zadziwienia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 stycznia 2012
Aleś się Pan wpieprzył!

                      www.wiadomosci/gazeta.pl/

Zadziwienie zaczęło się od czasu kiedy Pan popadł w niezrozumiałą miłość do pana Arłukowicza mianując go urzędnikiem w swojej kancelarii. Mianowanie tego wybitnie "złotoustego" cwaniaka na ministra zdrowia już mnie zupełnie dobiło.

Zaś to co dzieje się z ustawą, i pańską postawą wobec lekarzy (że nie będą tolerowane żadne postępowania lekarzy niezgodne z ustawą) jest czystym skandalem.

Przypominam skazanie lekarki, która, żyjąc blisko strefy biedy, ułatwiała im leczenie przez wypisywanie refundowanych recept. I proszę pamiętać, że ta lekarka była znacznie bliżej ludzi niż, choć nie chcę się tu łączyć z propagandą pisuarowską, Pan jeżdżąc po Polsce autobusem.

Pytanie jest oczywiste: kto na tym zarobi? I dlaczego lekarze mają być karani za spełnianie swojej misji, misji wyrażonej przysięgą Hipokratesa:

" Przysięgam na Apollina, lekarza, na Asklepiosa, Hygieę i Panaceę oraz na wszystkich bogów i boginie, biorąc ich za świadków, że wedle mej możności i zdolności będę dochowywał tej przysięgi i tego zobowiązania.

Mistrza mego w tej sztuce będę szanował na równi z rodzicami, będę się dzielił z nim swym mieniem i na żądanie zaspokajał jego potrzeby; synów jego będę uważał za swych braci i będę uczył ich swej sztuki, gdyby zapragnęli się w niej kształcić, bez wynagrodzenia i żadnego zobowiązania z ich strony; prawideł, wykładów i całej pozostałej nauki będę udzielał swym synom, synom swego mistrza oraz uczniom, wpisanym i związanym prawem lekarskim, poza tym nikomu innemu.

Będę stosował zabiegi lecznicze wedle mych możności i zdolności ku pożytkowi chorych, broniąc ich od uszczerbku i krzywdy.

Nikomu, nawet na żądanie, nie podam śmiercionośnej trucizny, ani nikomu nie będę jej doradzał, podobnie też nie dam nigdy niewieście środka na poronienie. W czystości i niewinności zachowam życie swoje i sztukę swoją.

Nie będę kroił, nawet cierpiącego na kamień, lecz pozostawię to mężom, którzy rzemiosło to wykonują.

Do jakiegokolwiek wejdę domu, wejdę doń dla pożytku chorych, wolny od wszelkiej chęci krzywdzenia i szkodzenia, jako też wolny od pożądań zmysłowych, tak względem niewiast jak mężczyzn, względem wolnych i niewolników.

Cokolwiek bym podczas leczenia czy poza nim w życiu ludzkim ujrzał czy usłyszał, czego nie należy rozgłaszać, będę milczał, zachowując to w tajemnicy.

Jeżeli dochowam tej przysięgi i nie złamię jej, obym osiągnął pomyślność w życiu i pełnieniu swej sztuki, ciesząc się uznaniem ludzi po wszystkie czasy; w razie jej przekroczenia i złamania niech mię los przeciwny dotknie."

Pan, panie premierze, historyk (a gdzie pańska analiza historyczna?) odziera lekarzy z tej przysięgi, każe im działać łamiąc zasady, oddając pseudo sprawiedliwość w ręce administracji. Bo potrzebuje Pan pieniędzy. I kto na tym zarobi? Ja? Podatnik? Emeryt? A może pańska administracja? A może kasa trafi do aptek? 

Zamiast takich działań niech Pan do cholery wyrzuci połowę dupków-urzędników  ze swoich biur, niech Pan zrobi porządek z zupełnie niepotrzebnymi radnymi w samorządach! Niech Pan się przyjrzy absolutnie zbędnym paniusiom w urzędach państwowych, w sekretariatach i rektoratach uczelni. Że trudne? Ano trudne.

I odwagą Pan nie zgrzeszył, bo działania związane ze zdrowiem trzeba było podjąć w czasie pierwszej kadencji. Teraz Pan szpanuje drugą kadencją. Niestety, zamiast lepiej, jest gorzej. Nie jest Pan Alfą i Omegą. Proszę o chwilę refleksji nad sobą.

I niech Pan wyrzuci zaślinionego pana Arłukowicza! Niech Pan się z nim nie utożsamia, bo złośliwe skojarzenia są już blisko.

Ze szkodą dla pańskiej żony.

08:38, kris.mm , No comments
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 grudnia 2011
Zima 1978/1979 i "Little Boy"

 

             www.en.wikipoedia.org

Z Markiem mieliśmy pojechać na handlowe "rozpoznanie" do Algerii - chodziło o sprzedaż cementu. Kraje arabskie są, zwykle, a przynajmniej w tamtym czasie, trudnymi klientami. Z ich punktu widzenia negocjacje z "niewiernymi" to jakby zdrada swojej wiary.

Byliśmy szaleńcami godząc się na ten wyjazd. Miało to być 30-12-1978 roku, w przeddzień Sylwestra. Ale mus to mus, obowiązek to obowiązek, więc rano trzydziestego na postoju taxi  koło mojego domu, wsiadłem do taksówki. Było bardzo zimno.

Nie udało nam się przejechać 200 metrów, kiedy na szybie pojawił się lód. Marznąca mżawka, która zaczęła zalepiać szyby i karoserię samochodu - nawet - mimo pracującego silnika - maskę. Kierowca zwolnił, użył niezamarzającego płynu do spryskiwania szyb, i jakieś "okienko" się pojawiło. Tak dojechałem na lotnisko. Chwilę później dojechał Marek.

Pasy startowe zamarzały. LOT, na który mieliśmy bilet, odwołał wszystkie swoje loty. A my mieliśmy przesiadkę w Paryżu na Charles de Gaulle, skąd mieliśmy lecieć do Algeru.

Usłyszeliśmy, w komunikatach, że wylądował samolot Air France. Krótkie myślenie - przecież będzie wracał do Paryża! Biegiem udaliśmy się do stoiska panny Air France i załatwiliśmy sobie przebukowanie naszego lotowskiego lotu na francuski. Jak już dostaliśmy karty pokładowe rozległ się komunikat, że ci, którzy mieli blilety na lot LOT-u do Paryża mogą się przebukować na Air France. Tłum ruszył do stoiska AF. I tak 70% nie dostało się na pokład tego jedynego samolotu, który wtedy wystartował z Okęcia.

W Paryżu nie było problemu - jeszczcze ciepło, a w Algerze na pewno jeszcze bardziej ciepło. Wsiedliśmy do samolotu, wylądowaliśmy w stolicy Alegrii, z kłopotami (językowymi - ani Marek, ani ja nie mówiliśmy po francusku, tym bardziej po arabsku!) dojechaliśmy do hotelu. Nie było ciepło. Wręcz zimno. Jakieś 2 - 4 stopnie C i to tego topniejące opady śniegu. Brrr.

Skontaktowaliśmy się z Ambasadą, powiadomiono nas, że z uwagi na Nowy Rok spotkanie z partnerami algierskimi nastąpi najwcześniej drugiego stycznia.

No to mieliśmy problem. Radca Handlowy nas nie zaprosił, partnerzy handlowi nas olali i zostaliśmy sami jak dwa dupki. Wyszliśmy na miasto powałęsać się, w jakiejś kawiarni, gdzie piliśmy kawę, patrzono na nas nienawistnie i ze zdziwieniem...

Wróciliśmy do hotelu kupując po drodze pieczywo, kurczaka z rożna i dużo wina i piwa.

Trzydziestego pierwszego wstaliśmy późno. Zeszliśmy na śniadanie, połaziliśmy po mieście, zjedliśmy jakiś obiad i zmarznięci zaplanowaliśmy jakiś bankiet sylwestrowy. Wykonaliśmy telefony do domów (komórek jeszcze nie było!) i dowiedzieliśmy się o straszliwej zimie w Warszawie i całej Polsce. Wyszło na to, że mieliśmy fart.

 Nagle, przepijając zaopatrzenie (odnowione) usłyszeliśmy pukanie do drzwi.

W drzwiach stanął wysoki, szczupły facet, z typowymi "marynarskimi" zmarszczkami w kąciku oczu i powiedział, że widział nas a on jest sam, i czy może dołączyć do nas, bo to głupio siedzieć samemu w Sylwestra. Biletem wstępu był szampan w wyciągniętej ręce.

Gadaliśmy długo, pijąc, jedząc zapasy. My mieliśmy po trzydzieści parę lat, on najmniej dwa razy więcej. Dowiedzieliśmy się, że czeka na statek, jest kapitanem, a kiedyś, za czasów II wojny światowej, służył w Marynarce USA na Pacyfiku.

Kiedy byliśmy już na zdrowym luzie wyjawił nam swój sekret: "wiecie, chłopcy, w 1945 roku mój statek przewiózł ze Stanów Little Boy'a - pierwszą bombę atomową, tę zrzuconą potem na Hiroszkimę"

www.en.wikipedia.org

Zatkało nas. Pamiętam tylko, że rozstaliśmy się koło trzeciej rano.

Dzisiaj mam możliwość posprawdzania tego co mówił ów marynarz-kapitan. Więc: jeżeli mówił o statku, a nie o okręcie, to nie służył w Marynarce USA. A to właśnie US Navy na pokładzie ciężkiego krążkownika USS Indianopolis dowiozła na wyspę Tinian główne części bomby "A", łącznie z uranowym pociskiem (załadunek 16 czerwca 1945 w San Francisco, wyładunek na Tinian 26 czerwca 1945 roku). Pozostałe elementy zostały wysłane trzema samolotami C-54 z bazy lotniczej Kirtland koło Albuquerque, Nowy Meksyk.

www.en.wikipedia.org

Więc nasz towarzysz niedoli strasznej "polskiej" zimy 1978/1979 trochę nakłamał. Chyba że, czego już nie sprawdzę, był członkiem załogi krążownika "Indianopolis"...

Do Polski wracaliśmy w środku owej niezwykłej zimy. W Paryżu setki pasażerów czekało na lot LOT-u do Warszawy. Koczowali, spali na krzesłach, ławkach i kanapach. Dobrze, że Marka żona była stewardesą i Marek znał i zwyczaje linii i prawa pasażera. Dostaliśmy vouchersy na jedzenie i przebukowaliśmy się na lot AF do Warszawy.

Wsiedliśmy do samolotu i polecieliśmy. Ale w połowie drogi dowiedzieliśmy się, że będzie mały desant na Pragę, bo Warszawa nie przyjmuje. Marek poszukał kontaktów w Pradze - miał tam znajomego, więc wieczór zapowiadał się ciekawie. Ale po godzinie na praskim lotnisku, zgarnięto stadko owieczek do samolotu i po godzinie i pół wylądowaliśmy na Okęciu.

Prawda? Fałsz? Nie wiem, ale miałem jakąś styczność z historią przez duże "H".

Jak Hiroszima...  

12:17, kris.mm , Nauka i Technika
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Wigilia na morzu

Jesień, Europa

Statek wyładowuje rudę w Ijmuiden, krótki postój, po częściowym odładowaniu w Rotterdamie. Trudne wejście, wtedy jeszcze nie było systemu GPRS, więc piloci rozstawiali na mostku swoje "narzędzia" GPS celem korekty wskazań systemu satelitarnego.

Mało czasu.

Wśród licznych obowiązków wielce ważną sprawą jest zaopatrzenie. Właśnie statek odebrał mail'a od armatora z tak zwanymi Voyage Orders czyli Instrukcją podróży. Szybkie kalkulacje czasu - Europa - USA - Singapore - Japonia. Od cholery! Bo w USA nie opłaca się kupować jedzenia zaś w Holandii najtaniej, a poza tym, to, co tak wkurzało naszych, polskich marynarzy na nasz system: Norwedzy dbają o swoich ziomków i agencje i zamówienia kierowane są do ich ziomali, a ci są solidni. U nas system był odwrotny: broń Boże firma, która choć trochę pachnie polskością. I w ten sposób Norwedzy kwitną, a Polacy więdną. Skutek: sprawdźcie ile dziś statków pływa pod Polską banderą! Kiedyś trzecią flotą Europy!

Ad rem: Kapitan musi zamówić żywność na trzy miesiące. Wzywa kucharza, prosząc go o listę zakupów, żeby uzupełnić poprzednio złożone zamówienie. I oczywiście to co ważne: w połowie rejsu będzie Wigilia i Święta Bożego Narodzenia. A załoga jest międzynarodowa. Połowa to Filipińczycy, z których część to chrześcijanie, a druga część to muzułmanie, oficerowie to Europejczycy, głównie katolicy. Zamówienie jest natychmiast spisane, sprawdzone i przesłane do shipchandler'a (firma zajmująca się zaopatrzeniem statków).

W dniu wyjścia z portu pod statek podjeżdża ciężarówka i wszyscy wzywani są do przyjęcia prowiantu. Sporo roboty. Zahaczyć, podnieść, opuścić na pokład, rozładować, przenieść do chłodni. A tam kucharze, ze stewardami, roznoszą prowiant do poszczególnych komór: do rybnej, mięsnej, do warzywnej, do przedchłodni...

USA

Zmieniam kapitana. Jego czas na urop. Obejmuję statek. Ładujemy węgiel. I w drogę do Japonii.

Ocean Indyjski

Po kilkudziesięciu dniach, z pełnym ładunkiem węgla statek mija Przylądek Dobrej Nadziei i powoli kieruje się na Ocean Indyjski. Jest grudzień, więc tam wieje już zimowy monsun, przeciwny wiatr. Z północnego-wschodu. Nie jest za ciepło, ani za zimno, ten monsun jest chłodny. Mijamy równik, fale opryskują statek, ale nawet specjalnie się nie kołyszemy, bo fala z dziobu, a statek duży, więc nic sobie nie robi z tych fal. Prędkość  około 14.5 węzła. Nieźle.

 

 

kris.mm

Grudzień

Uzgadniam z Chiefem Mechanikiem, że fitter (ślusarz okrętowy) zespawa dwa szkielety choinek - jedną na maszt dziobowy, drugą do messy załogowej. To priorytet, i następnego dnia, według prowizorycznych szkiców, szkielety są gotowe. Rozmawiam z bosmanem, który lekko zdziwiony, odbiera moje instrukcje, jak zrobić ze szkieletów prawdziwe choinki. I jak dobrze, że pamięta się stare, niemal pradawne zwyczaje!  Tłumacze bosmanowi: "Bos - rozciągniesz dwie linki, rozpleciesz jakąś zużytą linę, pokroisz na kawałki około 10 cm, i zawiniesz je tak - tu pokazuję w jaki sposób mają być zawinięte na osnowie (czyli na tych dwóch linkach)

kris.mm 

potem je dosuniesz do siebie i gotowa sosna!"

 kris.mm

To długa praca, bo trzeba zrobić kilkadziesiąt metrów tego "igliwia". Potem chłopaki owijają tym szkielet choinki i malują pistoletem na zielono - niemal jak trawniki za czasów słusznie minionych.

Jedną choinkę, mniejszą, bierzemy na bak i wciągamy na masz. Tam jest mocowana. Niestety  nie możemy dodać światełek, bo to niezgodne z konwencją. Druga stanie w messie załogowej i przybrana zostanie wyciągniętymi z magazynu ozdobami i światełkami.

Wigilia

Od rana ruch. Marynarze wyciągają z magazynka w kominie ruszt zrobiony z przeciętej wzdłuż, na pół, beczki, niosą go do pustego basenu (bo tam nie wieje). Wyciągają zamówiony przez mojego poprzednika węgiel drzewny, i nabijają na rożen swoją tradycyjną wigilijną potrawę, czyli małego prosiaka w całości. Tenże został już odpowiednio zamarynowany przez kucharza. Patrzę z mostku na ich krzątaninę i myślę o tym, z jakim wyprzedzeniem trzeba o takich sprawach myśleć! Przecież mój zmiennik jest w domu i będzie miał domową Wigilię z rodziną, a przecież nie zapomniał o tym, żeby Filipińczycy mieli swojego prosiaka, a Europejczycy rybę.

                         kris.mm

I dylemat. Stół pięknie przybrany, na środku prosię z rożna... Jeść, czy nie, wszak to katolicki postny dzień! I szukanie usprawiedliwień: muszę jednoczyć załogę, przecież Filipińczycy to, po dużej części katolicy, więc musi być przyznana im swoista "dyspensa". No to pewnie i nam! I muszę, bo tego oczekuje załoga, wygłosić serdeczną mowę. Nic o obowiązkach, dużo o pracy, która pozbawia nas radości bycia z rodziną w dniu tego rodzinnego święta. O tym, że mimo widoku za oknem jesteśmy dziś bliżej rodziny...

kris.mm

I uścisk ręki. Z każdym. Zamiast opłatków.

Refleksja

Nie zawsze, w taki dzień, jest się w dobrym nastroju. Czasami nie chce się życzyć "najlepszego", bo są konflikty, są obiboki i krnąbrni przeciwnicy pradawnej hierarchii statkowej. To powoduje deprecjację instytucji pod tytułem "Święta". Dlatego, czasem, wolę je spędzić w samotności.

11:24, kris.mm , Towarzyskie
Link Komentarze (2) »
środa, 21 grudnia 2011
Święta 2011

kris.mm

Radosnych, zdrowych i wesołych Świąt.

15:59, kris.mm , Towarzyskie
Link Komentarze (1) »
środa, 14 grudnia 2011
Ciekawostka

                            u.a.

Pan poseł Palikot lubi szokować. Przeróżni, i różnej maści,  przeciwnicy wieszają na nim psy, starając się go ośmieszyć, a to za sztuczne penisy, a to za świński łeb, a to za zmianę poglądów itd., itp. Zdenerwowani, nadto, że osiąga zamierzone cele.

Któryś z młodych prezenterów TVN24, komentując wystąpienie pana Palikota w dzisiejszej debacie budżetowej był "łaskaw" powiedzieć, że Palikot wystąpił z gadżetami, ale przecież jest z tego znany.

Czekam teraz na reakcję dewotek i dewotów oraz kręgów mało przyjaznych TVN-owi, a jednocześnie zastanawiam się skąd TVN bierze takich głupich dziennikarzy?

Bo owym "gadżetem", z którego kpił prezenter, była Biblia.

15:01, kris.mm , Zadziwienia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 grudnia 2011
Feminomachia

                          www.google.com

Już sobie wyobrażam reakcję mojej ulubionej i hołubionej płci! Oczywiście nie piszę o matriarchacie, który często ujawnia się we współczesnych rodzinach, a jest wynikiem przeróżnych splotów okoliczności.

Mam za mało miejsca (tu na blogu) do poważnej, długiej rozprawy na temat feminizmu. A szkoda.

Fakt, że nie cierpię feministek.

Mam parę powodów:

- manifestacja niechęci do płci odmiennej;

- wykorzystywanie poprawności politycznej dla uzyskania przewag nad płcią męską;

- zupełny brak obiektywnego spojrzenia na psychofizyczne możliwości kobiet i takież mężczyzn;

- uwarunkowania społeczne, które już nie dyskryminują kobiet, ale są sprytnie wykorzystywane przez feministki;

- walka o parytety (patrz wyżej), które nie przyniosły żadnego efektu;

- sekowanie mężczyzn za rzekome molestowania i mobbing w pracy (czysty, beznadziejny amerykanizm - patrz film "W sieci" - Demi Moore i Michael  Douglas);

- zarzuty stawiane mężczyznom, które są oparte na jednostkowych wydarzeniach;

itd., itp.

Przy okazji molestowania: z jakichś względów owo molestowanie jest wykorzystywane przez kobiety w celu zyskania korzyści materialnych. Obawa przed "molestowaniem" zabija klimat pracy w firmie, niszczy wspólnotę i uniemożliwia pogodne i przyjacielskie stosunki między pracownikami. W chwilach odprężenia, po uzyskaniu jakiegoś dobrego wyniku klepiemy się po różnych częściach ciała. I bez seksualnych podtekstów. Po ramionach, po głowie, po plecach, po pośladkach. To ostatnie to już "molestowanie" podpowiedziane przez feministki. Spójrzcie na zdjęcie niżej. Przy dzisiejszej walce o równouprawnienie seksualne klepanie kobiety przez kobietę po pupie powinno zostać uznane za "molestowanie". A jest? Nie!

                                      kris.mm 

Nie ma ideałów. Mężczyźni też nie są ideałami. I zdarzają się wśród nich brutale, chamy i wszelkiego rodzaju dewianci. Tu nie miejsce do prowadzenia badań socjologicznych pt. "W której płci występuje więcej osobników z odchyleniami?"

Pomijam w tych refleksjach cały świat islamski, gdzie głęboko zakorzenione religijne zwyczaje prowadzą do tego, że nawet kobiety uważają, że klitoridektomia (obrzezanie, lub wyrzezanie kobiet) jest czymś pozytywnym (sic!). Gdybym mógł siłą zakazałbym tych praktyk. W końcu nie mają one nic wspólnego ani z higieną (wręcz przeciwnie) ani z estetyką. Niech panie polskie feministki porównają status kobiety świata "zachodniego" ze statusem kobiet świata arabskiego, gdzie męska dominacja wywiedziona jest z religii, gdzie kobieta, z zakrytą twarzą, wyciętą łechtaczką, odarta z części seksualnych przyjemności, musi podążać za mężem co najmniej pół kroku z tyłu i dzielić swego męża z innymi żonami. Gdzie o losie dzieci decyduje wyłącznie mężczyzna. Tam walczcie o równouprawnienie.

Zaś "światła" poprawność polityczna, będąca przekleństwem czasów świata "cywilizowanego", każe mówić, że tylko mężczyźni są be.

A jak panie feministki tłumaczą fakt zarabiania pieniędzy przez świadczenie przez kobiety usług seksualnych? (Że mężczyźni też? Tak, ale jakie są proporcje?)  A jak panie feministki patrzą na homoseksualne stosunki kobiet? A co panie feministki mówią o matkach, które porzucają dzieci, bądź niemowlaki, tuż po urodzeniu? A co o młodocianych gangach dziewczęcych?

I jest jeszcze jedna rzecz, która mnie wyprowadza z równowagi. Otóż obie płcie mają swoją rolę wyznaczoną przez naturę. Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby mężczyźni nagle zaczęli zachodzić w ciąże i rodzili dzieci! A wszak to jest bardzo ważny element przetrwania ludzkości. I wcale nie zapędzam tym stwierdzeniem kobiet do rodzenia dzieci ani do garnków, i nie chcę robić z nich "kur domowych". Dlatego głośne krzyki uduchowionych feministek o pełne równouprawnienie wydają się być po prostu idiotyczne. Najlepszym przykładem nierówności płci jest sport: za wyjątkiem miksta w tenisie (ale wtedy po obu stronach kortu stoją takie same pary), cała reszta dyscyplin jest rozdzielona na sporty kobiece i męskie. Niby dlaczego, panie feministki?

Karykaturalne traktorzystki z lat pięćdziesiątych pokazują, że praca kobiet w niektórych zawodach wydaje się być dość satyrycznym zajęciem. Zaś apel o równe wynagrodzenia jest zgraną płytą. Przy odrobinie chęci każdy znajdzie kobiety, które, będąc na wysokich stanowiskach w firmach, zarabiają więcej niż mężczyźni. Lub tyle samo (vide posłanki na Sejm).

A przy okazji usłyszałem, że feministki to tylko te radykalne działaczki ruchu, obserwując które wyrabiam sobie opinię o całym ruchu. Czyżby?

To chyba nie tak. Każda kobieta, która zgadza się z tezami i założeniami tego ruchu (o ile istnieją) staje się feministką. Dziwne, że kobiety tak ostro reagują na krytykę niektórych ich postępowań, nawet wtedy, kiedy mają świadomość własnych błędów i zasadności zarzutów. Stało się to dziś takim samym zjawiskiem jak przerzucanie się interpretacjami prawa przez prawników o określonych poglądach politycznych.

W czasie, kiedy trudno uwierzyć w prawo (inne dla lewej strony, inne dla prawej, a tylko "sprawiedliwe" dla "maluczkich") trudno uwierzyć w argumenty feministek.

Nie jestem maskulinistą. Jest sporo kobiet myślących w kategoriach "ponad płciowych", i sporo mężczyzn, których poglądy w żadnym wypadku nie są dyskryminacyjne, ale obawiam się, że narastająca poprawność polityczna wyzwoli w końcu jakieś męskie protesty.

Tylko po co to wszystko?

Wszak to taka kacza zabawa w dzielenie społeczeństwa...

08:56, kris.mm , słuchać hadko
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Nie idę z tobą do łóżka!

                      u.a.

Bodaj przedwczoraj (sobota 03-12-2011) w wywiadzie telewizji TVN (a może TVNStyle) pani Dorota Wellman, dość znana dziennikarka i publicystka, była łaskawa zachęcać nas do czytania książek.

Pewnie. Racja.

Rzecz tylko w tym, że książki są teraz drogie, a wydawcy żądają pieniędzy od autorów na ich wydanie - czyli żadnego ryzyka, płać, jak chcesz mieć wydaną książkę. Nie decyduje żadne kryterium wartości literackiej, czy poznawczej proponowanego wydawnictwu manuskrypty. Tylko kasa. Stąd pewnie sporo chłamu w księgarniach.

Ale pani Wellman bardzo zachęcała zaniepokojona tym, że statystyczny (nb ciekawe czy liczony od niemowlęcia!) Polak czyta jedną książkę rocznie, a nawet żadnej.

Rozumiem niepokój i związane ze spadkiem czytelności efekty kulturowo-edukacyjne. Książka, którą czytało się kiedyś z wypiekami na twarzy, książka, która pozwalała przenieść się w inny świat, siedząc w domu, przy dobrej kawie, jest magicznym medium. Szkoda, że dziś wypiera ją telewizja i internet, które to media dostarczają nam znacznie "łatwiejszych" złudzeń i informacji. O grach komputerowych nie chcę wspominać, ale to też jakaś nowa subkultura odciągająca od książek.

Czy sam czytam? Tak. Czasami kilka książek na raz, w naszym polskim języku i w języku language. I tłumaczę książki. Wszędzie mam rozłożone książki - od łóżka, przez stolik komputerowy, łazienkę, pokój dzienny i ubikację. Łącznie z książkami kucharskimi. To też książki.

Ale nie wpadłbym na pomysł, który pani Wellman popiera, a mianowicie na promowanie  akcji prowadzonej przez jakieś towarzystwo "Klub Książkowy" pod hasłem "NIE CZYTASZ - NIE IDĘ Z TOBĄ DO ŁÓŻKA!"

Żenada - używając współczesnego zanieczyszczonego polskiego języka.

Czy pani Wellman uważa, że stosunki partnerskie polegają na tym, że można manipulować partnerem w ten właśnie sposób? Czy pani Wellman potwierdza podejrzenia dużej części mężczyzn, że małżeństwo (pewnie, że nie każde) to rodzaj prostytucji, bo kobieta, nie chodzi do łóżka z partnerem dlatego, że go kocha, lub, przynajmniej, coś do niego czuje, a tylko po to, żeby coś dla siebie załatwić? Ja ci się oddam, a ty mi kupisz samochód! Albo poczytasz mi książkę!

Jestem zniesmaczony, proszę pani.

12:14, kris.mm , słuchać hadko
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 102
następne
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog