O autorze
Ostatnie notki
Zakładki:
! Uwaga - Oferta
Czary
Lubię
Mam zakaz
Przeglądam
OFERTA
Kliknij na zdjęcie!
Polska ![]()
Kontakt: kris.mm@gazeta.pl Online Users
|
wtorek, 09 lutego 2010
Pani Dr Lucyna Kirwil zaprezentowała swoje zdanie z dziedziny, którą to zawodowo się zajmuje. To znaczy, w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej* straszy młodych studentów, budując w światłej misji ratowania świata, społeczeństwo popieprzonych hipokrytów. Fakt, że mam za mało wiedzy o radosnej twórczości pani doktor, żeby się autorytatywnie wypowiadać, ale telewizja jest takim medium, które daje autorowi wypowiedzi dwie linijki do zaprezentowania siebie - ergo ten ktoś musi swoją ideologię, pogląd, stanowisko, w tych dwóch linijkach zmieścić. No chyba, że trafi się szczęście zaproszenia do Moniki Olejnik. Ale tam, trzeba być znajomym Olejnik, żeby przebić się ze swymi poglądami. Pani Kirwil, bez pani Olejnik, to się udało. O co biega: ano oczywiście o to, jakim to złem jest Internet, który nagle wybuchł, i szczególnie w Polsce nie mieliśmy czasu, żeby się do tego zła przystosować. Droga pani doktor. Podejrzewam, że jest pani trochę ode mnie młodsza. To dość ważne, przy takiej dynamice czegoś co panią widocznie przerosło, z różnych powodów, o których to powodach nie ma co mówić (ile pani miała na maturze z matmy?) , bo owego czasu do przystosowania się było niewiele. I według teorii ewolucji, ten kilkudziesięcioletni okres rozwoju netu, to PIKUŚ i na pewno nie wpłynął na ewolucję umysłów. Muszę panią zmartwić. Owo zajadłe zwalczanie gier (część sam potępiam, bo nie jestem zwolennikiem kształcenia społeczeństwa, które sądzi, że "zabił go i wstał" czyli że życie jest "odwracalne"), straszenie młodych ludzi czymś, czego pani sama nie pojmuje, lub precyzyjniej: pojmuje pani dość specyficznie, jest szkodliwe społecznie. Aż się dziwię, że uczelnia pozwala pani prowadzić zajęcia. Mało czasu na przygotowanie się do wybuchu Internetu mieli wszyscy, łącznie z twórcami Internetu (nota bene to właśnie środowisko akademickie wymyśliło net, żeby umożliwić wymianę informacji między uczelniami). Jeżeli Polska - jako instytucja - miała mniej czasu niż Amerykanie, to może ledwie rok, może dwa. I trafiło to w pokolenie pani-podobnych osobników, którzy są mało-techniczni, mało-plasyczni i w ogóle mało. Tak jak ta większa część (do której należy zaliczyć panów Lecha i Jarosława, którzy nie mają swoich kont bankowych, tylko dofinansowują mamusię) społeczeństwa, dla której każda nowinka techniczna staje się wymysłem szatana. I tak, jak moja żona która na widok komputera dostaje drgawek, bo uważa, że to jest ta przynęta, która faceta od niej odciąga, kierując jego zainteresowania w kierunku dostępnych w necie nagich bab. A że, ani pani (może właśnie szczgólnie pani, bo - proszę mi wybaczyć inwektywę ad personam - nie poszedłbym z panią do łóżka), ani żadna inna bojąca się netu kobita, nie jest w stanie konkurować z umodelowaną i cyfrowo przerobioną szczuplutką pięknością, nadto, która się nie wstydzi pokazać w świetle dnia, że wkłada sobie w intymne miejsca coś, co pani pewnie by facetowi najchętniej obcięła, więc jedyną reakcją jest ZAKAZ. I takim podejściem , buduje pani nową, współczesną INKWIZYCJĘ. (ryzykuję): A ja, dziadek, proszę pani, umiem nie tylko korzystać z Internetu, ale również nauczyłem się programowania i robienia sobie stronek tego Internetu. I o pani też umiem się, przy użyciu Internetu, dowiedzieć. A to, o czym pani uczy, winno się (po odrzuceniu nienawiści) wykładać młodym ludziom, żeby wiedzieli, że rodzina to nie instytucja dla ułatwień finansowych, a takie przedsięwzięcie, które ma na celu prokreację i mądre wychowanie światłych ludzi. I broń Boże ludzi z ciemnogrodu, który Pani prezentuje. A Internet nie będzie miał z tym nic wspólnego, jeżeli uda nam się nauczyć ze sobą żyć, a nie siebie nienawidzić. Apage satanas. _________________ * adres i kontakt z panią dr: Katedra Psychologii Społecznej
pok. 310 (III piętro)
telefon:
(+ 48 22) 517 98 06, 517 98 08 _____________________ To Messrs Penthouse: please forgive me an unathorised use of your picture, but I done it in well understand social education. I do hope it will help people to understand Internet.
poniedziałek, 08 lutego 2010
Tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę, tak naprawdę TAK NAPRAWDĘ, GÓWNO PRAWDA!* Pandemia, cholera! Nie znacie innych słów? _______________ * - za księdzem patronem...
niedziela, 07 lutego 2010
Zimno. Minus 10 i skrzypiący śnieg. Przed barem sąsiad, biedak, rzadko przy kasie. Pytam czy wyszedł na fajkę (bo w środku, żeby było modnie i politycznie się nie pali, choć właściciel też pali, ale solidarnie wychodzi), tak wyszedł, ale nie ma fajek. Trochę kasy miałem, kupiłem sąsiadowi paczkę najtańszych (nie palę od trzech lat więc zaskoczyła mnie cena, ale niech tam!). Za fajki mnie jutro obsmyczy. Jest dobry w te klocki. Nie miałem kasy przez długi czas. Właściciel sklepu i baru dawał mi żarcie i picie na krechę. Zapłaciłem, oczywiście, ale ciężko byłoby, gdyby mi nie chciał kredytować zakupów. "Wiesz, sąsiad, jakoś musimy sobie pomagać...". Oglądałem dziś TVN. Reportaż z działek, gdzie Zarząd działek w postaci jakiegoś pana "X" wyłączył facetowi, który tam mieszkał prąd, bo takie są przepisy a facet się na tej działce zameldował, więc prądu nie dostanie. Nic szczególnego, oprócz tego, że gość musi w nocy spać na ławce na Centralnym, bo tam grzeją. No i głupota naszych prawodawców, czy też lobby działkowiczów. Bo niby dlaczego nie można mieć prądu, jak się jest zameldowanym? Ale pan "X" w kwestii ex prezesa zarządu działkowiczów w tymże mieście, jak również w kwestii własnej wnuczki (oboje mieszkają w domkach na tych samych terenach działkowych) ma inne zdanie. Im prądu nie odcina, bo oni wiedzą, że nie wolno mieć prądu i robią to na swoje ryzyko, a nadto nie są tam zameldowani. Ot logika. Scyzoryk sam się w kieszeni otwiera. Czysta, niczym nie skażona polska zawiść. Doświadczyłem dziś takiej zawiści, bezpłatnej, która nic nie kosztuje, ale boli i daje jakąś radość, której nie rozumiem zupełnie, temu, kto ją rozdziela. Prosiłem sms'em swoją żonę o numer telefonu do naszego wspólnego przyjaciela - przy zmianie telefonów potraciłem kupę telefonów - nacisnąłem jakiś klawisz i było po ptakach. Stało się, wykasowałem sobie pamięć. Dostałem odpowiedź od małżonki: "Jego nie ma w kraju - jest za granicą na nartach". Ale numeru telefonu nie było. W końcu nie pytałem gdzie on jest, a o jego telefon... Potrzebny mi ten telefon, bo to znakomity masażysta, a rady w tych sprawach potrzebuje moja znajoma, bo jest chora. Chciałem pomóc. I nie pomogę.
sobota, 06 lutego 2010
Aparat cyfrowy w ręku. Mogę teraz utrwalić sobie swoje życie w cyferkach. Może ktoś kiedyś je znajdzie? Odtworzy, wydrukuje, postawi tak, jak moje sepiowe fotografie prababci, dziadka, rodziców. I moje z bratem, kiedy miałem 4 lata. A nie miałem tego wymysłu techniki ledwie parę lat temu, wiosną. Nie miałem i później, w końcu tamtego lata. Gorącego nie tylko słońcem. I nie zrobiłem żadnych cyfrowych wspomnień. Tylko czasem trafiam na inne cyferki, które kiedyś doszły do mnie bajeczną cyfrową drogą. Jest późna noc, boli mnie gardło, i nie jest to żadne przeziębienie. Wstrzykuję sobie Tantum Verde w nadziei, że pomoże, ale wiem, że nie pomoże. Może samo przejdzie? W końcu puszczam sobie Andrzeja Zauchę i Ewę Bem "Wszystkie zwierzęta małe i duże", a zaraz uruchomię "Ne me quitte pas" Brella. Żeby się dobić. Uciekają dni, oddalają się wspomnienia. Nawet te najświeższe. Nawet ten ostatni dotyk rozgrzanej skóry, napiętej w niekontrolowanym łuku nieświadomej rozkoszy. I te starsze, dawniejsze, te z gorącego lata, z przehulanych - bez sensu - minut, godzin, dni, lat. I żal za tamtym wiekiem (i drobna radość, że żyło się w dwóch stuleciach). I twarze, które coraz trudniej odtwarzają się w pamięci. Imiona - hasła. I nagle starczy umysł ostrzega "Nie pamiętam!". Potem gwałtowne szukanie śladów w cyfrowej pamięci - może kiedyś gdzieś Twoje cyferki się zapisały, może ten wieczór przy świecach, na który tak czekaliśmy, który przecież się spełnił, jest gdzieś zapisany? I natrętne wspomnienie, już niepotrzebnego, słowa-wytrychu, które każe myśleć o zbliżającym się nieuniknieniu. Myśleć o krzywdach zrobionych innym w pogoni za własnym, jakże pozornym, szczęściem. O pomyłkach. I czasie, którego mniej co raz. "Putain de..."
piątek, 05 lutego 2010
Czekaliśmy z Grażyną , lekko podnieceni, na wieczór. Chcieliśmy pójść do słynnej kawiarni w której, w swojej młodości, wraz z innymi młodymi gniewnymi spotykał się Pablo Picasso. Okazało się, po przestudiowaniu mapy Barcelony, że z naszego hoteliku "Catalunya" na Calle de Santa Anna jest do "Els Quatre Gats" ledwie 200 metrów. Wystarczyło wyjść na ulicę i iść w kierunku odwrotnym niż La Rambla. 50 metrów i już jesteśmy na Avinguda sel Portal de l'Angel, gdzie zawsze stał facet ożywiający grającą kukiełkę. Stawaliśmy przy nim często, poświęcając nawet parę pesetów, ale przedstawienie było z wyższej półki. Muzycznie też - pewnie miał swoje nagrania. Więc tą Avingudą w prawo, ledwie 100 metrów i potem w lewo w wąziutką Carrer de Montsió. Przy okazji tą Avingudą dochodziliśmy do starego centrum Barcelony i jej gotyckiej, katalońskiej katedry Świętej Eulalii przy Avinguda de la Catedral. I przepięknych wąziutkich uliczek, szerokich na rozciągnięte ręce. Niesamowite. Więc jesteśmy już przed "Els Quatre Gats" na Carrer de Montsió 3. Wchodzimy do kawiarni, i wąskim przejściem koło baru, pełnym szkiców i obrazków współczesnej Pablowi bohemy przechodzimy do szerokiej sali otoczonej amfiladą. Szerokie schody prowadzą nas na piętro, gdzie zajmujemy strategiczny stolik zapewniający nam widok na całą restaurację. Stolik, o dziwo, dwuosobowy, przy galerii. Klimat pełen dawnych wspomnień. Nie ma pośpiechu, a i gwar rozmów jakby inny, jakby z początku wieku. Może słychać w nich złośliwości Picassa, które spowodowały, że wyrzucono go z madryckiej akademii sztuk pięknych, gdzie drwił bezlitośnie ze swoich nauczycieli? Białe obrusy, kwiaty na stoliku, piękne srebrne sztućce, które natychmiast zabiera kelner, po wysłuchaniu naszego zamówienia - do tego co zamówiliśmy potrzebne widocznie inne sztućce. No i jeszcze rytualna wymiana poglądów na temat wina. Mimo tego, że Barcelona to południe i Katalonia, kelner poleca nam Rioje - wino z północy Hiszpanii, z malutkiej prowincji Alava. Przynosi butelkę, z dumą pokazując rocznik, otwiera, i stawia na stole. Przeprasza, że nie nalewa do kieliszków, ale przecież takie wino musi te kilka minut mieć dla siebie, żeby odparować. Dopiero wtedy można je nalać. Jedzenie było znakomite, pamiętam, że wyjadaliśmy sobie nawzajem dania z talerzy, Grażyna moje, ja jej. Oba były znakomite. I wcale nie było za drogo. To już z 10 lat temu. A wspomnienie tkwi we mnie jak żywe, jakbym wyszedł z Czterech Kotów przed chwilą. Ale też dlatego, że kupiłem sobie butelkę Rioja. Tego wina, ze specyficznym posmakiem, które już zawsze będzie mi się kojarzyć z Barceloną. Pablo w Barcelonie: (za Picasso.xorg.pl) W 1895 r rodzice Picassa przenieśli się do Barcelony. Picasso szybko nawiązał kontakty z młodymi artystami katalońskimi. Jego pierwszym przyjacielem był Manuel Pallares y Grau, u którego w domu Picasso był traktowany jak członek rodziny. W Akademii Sztuk Pięknych zawiązał nowe przyjaźnie; z rzeźbiarzem Manolo, malarzem Torres Garcia, z Vidalem Ventosa i innymi. Wkrótce po przybyciu do Barcelony ojciec Picassa wynajął mu pracownię, gdzie młodzieniec mógł swobodnie pracować. Pierwszym obrazem, jaki tam namalował, był "Atak na bagnety", ale najbardziej znanym obrazem z tamtych czasów jest "Wiedza i miłosierdzie", przedstawiający lekarza ze swoim pacjentem i zakonnicę z dzieckiem na ręku, podającą filiżankę herbaty chorej kobiecie. Dzieło uzyskało wyróżnienie na Krajowej Wystawie Sztuk Pięknych w Madrycie w 1897 roku, do której rodzice wysłali Pabla na studia. Szkoła zapewniła dobre warunki pracy, ale uczeń uważał zajęcia za nic nie warte. Tak dokuczał nauczycielom bezczelnymi żartami, że w końcu został usunięty ze szkoły. Obraz zdobył również wyróżnienie w Maladze, gdzie był później wystawiony. Picasso rozszerzał krąg swoich znajomych w Barcelonie. Współpracował z niektórymi czasopismami, m.in. z czasopismem „Joventut”, które reprezentowało nurt modernistyczny (i nacjonalistyczny), zarówno w literaturze, nauce jak i sztuce. Atmosfera Barcelony, gdzie rozkwitał modernizm pod przywództwem malarza Santiago Rusiñola bardzo mu odpowiadała. Awangarda artystyczna i intelektualna stolicy Katalonii zbierała się w lokalu Els Quatre Gats (Cztery Koty). Ulubione miejsce spotkań artystów, które im zawdzięczało krótkotrwały rozgłos, będące częściowo restauracją a częściowo kabaretem, nazwana od pesymistycznego żartu przyjaciół założycieli: „Nie będzie tam nawet czterech kotów”. Przychodzili tam wszyscy, „którzy pragną strawy nie tylko dla ciała, ale i dla ducha”. Els Quatre Gats stał się w owym czasie dla Picassa drugim domem; domem bardzo żywym, gdyż wbrew żartobliwym, zniechęcającym zapowiedziom kabaret osiągnął wielkie powodzenie. Picasso i jego nowy przyjaciel, rzeźbiarz Sabartes, też należeli do stałych bywalców. Książka, jaką Sabartes miał napisać po latach wielce przyczyniła się do legendy Picassa. W lutym 1900 roku odbyła się wystawa, zorganizowana przez grupę artystów w Els Quatre Gats. W dzienniku „La Vanguardia” ukazała się pierwsza recenzja o Picassie, zwiastunka tysięcy innych, którymi miano później obsypać jego i jego twórczość. Chociaż nie została podpisana, przypisuje się ją Rodriguezowi Codola. Napisano tam, że „pewien młodzieniec, prawie jeszcze dziecko, Ruiz Picazzo (nazwisko napisane błędnie przez dwa z) zorganizował w Els Quatre Gats wystawę kolorowych rysunków. We wszystkich wystawionych pracach budzi podziw nadzwyczajna łatwość operowania ołówkiem i pędzlem. Dominuje w nich wdzięk, lekkość linii, cecha zawsze korzystna, szkodliwa jednak, jeśli stanowi jedyną zaletę i nie jest wynikiem długiej i świadomej praktyki”. Codola zakończył, pośród pochwał i upomnień: „Są w tych pracach, namalowanych z dość dużą beztroską, wartości nie do odrzucenia; cechy, które - mamy nadzieję - osiągną pełną dojrzałość w dniu, kiedy pan Ruiz Picazzo, bez żadnych uprzedzeń i z większym bagażem doświadczeń i wiedzy dojdzie do wieku, w którym ambicją jest tworzenie dzieł własnych, typowo osobistych”. Prognozy i życzenia pierwszego krytyka Picassowskiego spełniły się w takim stopniu, że zadziwiłyby go z pewnością, gdyby mógł do końca śledzić działalność artystyczną Picassa.
czwartek, 04 lutego 2010
Dziś usłyszałem w radio, w wykonaniu jakiegoś pana prowadzącego program, oczywiście ze swadą i młodzieńczym wigorem (a mowa o Trójce, czyli dość znanym i popularnym medium), po podaniu jakiejś informacji, której nie był zupełnie pewien takie oto zdanie: "Och, mam nadzieję, że nie popełniłem tu żadnego "Quo vadis"". Gratuluję. Świadczy to nie tylko o brakach intelektualnych pana, że się tak wyrażę redaktora, ale również przeoczonej pale z polskiego na maturze, i o sadzeniu się na poliglotę, kim, oczywiście nie jest. Ja rozumiem, że chciał powiedzieć "faux-pas", ale ja to nie wszyscy, a słowo w eter poszło. Mojego krzyku nie usłyszą, a jego bąknięcie zaowocuje setkami tysięcy idiotycznych powtórzeń idiotycznych słuchaczy. I nie boję się obrażać owej zgłupiałej części społeczności. Dalszy ciąg owego "quo vadis" zaczęło się o dziewiątej rano, to znaczy od kiedy napalona opozycyjna część komisji śledczej od niby afery rzuciła się na pana premiera. Tyle tylko, że mimo chęci dyskredytacji premiera, skutki przesłucha były odwrotne od zamierzeń - pogrążały pytających, pana Kamińskiego i działaczy PiS-u. Jakimś dobitnym świadectwem tego była wymiana "uprzejmości" między panią Kempą a premierem a dotycząca słuchu pani Kempy: Kempa (po zarzuceniu premierowi nieprawdy w zeznaniu i ripoście premiera, że niczego takiego przed 10 sekundami nie powiedział), mówi: "Ja głucha nie jestem..." i dalej "Staram się bardzo dokładnie słuchać Pana Premiera". Wszystko na ironicznie wysokim C i wystudiowaną miną srogiego śledczego KGB. Po odczytani protokołu z zeznań, z którego jasno wynikało, że pani Kempa sobie coś ubzdurała mówi: "Dość słabo jest tutaj akustyka" (cytat dosłowny). Ale słuch ma dobry... To tylko detal. TVN posadziło w studio swój zestaw reprezentacyjny, to znaczy taki, który dyrekcja tej firmy uważa za zaufany i taki, który, według tejże dyrekcji cieszy się szczególnie dużym zaufaniem społecznym. Anna Jędrzejowska zajadła pisuarówka; Konrad Piasecki - młody gniewny fascynat swojej osoby bardzo pisuarujący; Grzegorz Miecugow - senior, szef Szkła Kontaktowego, który obraca się na wietrze jak mu dmuchną. Pierwsze dwa lata Szkła były dość obiektywne, ale od czasu utraty władzy przez kaczęta, nurt anty-POwski taki, że przestałem gadzinówkę oglądać. A lubiłem. Żal tylko, że ludzie występujący w Szkle to ci sami, co bezkrytycznie popierają Trójkę, nie zauważając wyraźnego upolitycznienia tej radiostacji (gdzie, panie Daukszewicz, pańska piosenka o złodziejach nadziei? No gdzie?). I clue wszystkiego: nowa zabawka TVN-u - maszynka do obliczania powtarzalności się słów. Rewelacja. A czemu służy? Ano dyskredytowaniu pana Tuska. Ale i tak coś im nie wychodzi, z czego bardzo się cieszę. Ów Areopag "celebrities" TVN z żałosnymi komentarzami, i minami , bo jakoś nie mogący się doczepić do niczego co premier mówi, jest czymś pięknym. Mam nadzieję, że stacja straci popularność lokując swoje sympatie polityczne nie tam, gdzie je lokuje coraz więcej Polaków. Jest takie powiedzenie, panie i panowie z TVN: jak się gówno przyczepi do dna statku, to myśli, że samo przepłynęło z portu do portu, a statek tylko mu to utrudniał. To jest to wasze "Quo Vadis". PS coś jest na rzeczy. Od dawna mam wrażenie, że afera jest "niby". Bo jest tak pomyślana, że bez względu na to co premier zrobi, będzie źle: brak aktywności w wyjaśnianiu - niedobrze! bo zaniechanie. Aktywność - niedobrze, bo daje sygnały aferzystom, że się coś wokół sprawy dzieje (znaczy śledztwa i służby).
wtorek, 02 lutego 2010
I'm opening a door and delicate powder falls on a floor. It's white and virgin. I am entering an unreal world. Clean, white, and silent. Only a delicate gossip of birds trills, says that I'm still in a real world. The forest, which lies all over a horizon, is delicately shuttered by a secret fog layers, which makes this view as if it is comming from a fantasy fairy-tell. Nothig seems to be true. I got a feeling as if I awoke in the dream world, in another, post mortal life. I'm inhaling a frozen, fresh and clean air. This brings me back to reality. But still this reality, despite the fact that I'm aware of holding a basket in my hand, which I took to bring a wood for fire place, isn't quite real. The air is grayish-blue, with the silver threads of fog, delicately entwining the blue of the sky. Some white snow flakes of incredibly amazing patterns are dancing around me, slowly falling to the ground. No smog, no smoke, only a clean fresh scent of divine winter... It makes me sentimental. I am not sure, where I am, or, whether I am still alive. Cause what I'm offered every mornig can not be true. It's heavenly majestic.
poniedziałek, 01 lutego 2010
Dziś pan niemiłościwie nam panujący pan prezydent, spełnił swoją, rzuconą szereg dni temu obietnicę, która to, jak wiele osób twierdzi, ponownie wpłynęła niekorzystnie na wynik gry naszych reprezentantów, i przyjął szczypiornistów, wraz z małżonką, w pałacu na Krakowskim Przedmieściu. Dobrze, że do wyczytywania nazwisk najęto jakąś panią, bo obyło się bez przekręcania nazwisk, aczkolwiek nie bez drobnej wpadki (o kimś zapomniano, potem w popłochu wywoływano). Po części oficjalnej, dla telewizji, przeszli wszyscy do tajnego zimowego ogrodu, co od razu skojarzyło mi się z chłodzonym winem. Ale pewien nie jestem. Natomiast kasę wietrzę w pisaniu przemówień dla pana prezydenta. Bo to, co mówił do piłkarzy wołało o pomstę do nieba. Poza brakiem sensu i treści, pan Lech był łaskaw, w swoim stylu, połykać słowa, zniekształcać wyrazy. Zupełnie jakby stracił zdolność mówienia po Polsku. Cóż zatem mówił? Właśnie. Nie wiem. Mimo tego, że słuchałem z uwagą. Pamiętam jeno, że mówił iż póki go koledzy nie przerośli, co stało się szybko, zajmował się amatorsko obroną bramki w szkolnej drużynie szypiorniaka, bo zastępowała ta gra grę w piłkę nożną, a obrona bramki była, ho, ho, nie taka jak dzisiaj, a taka jak to broniło się bramki w piłce nożnej, to znaczy z paradami (wyobrażam sobie tę paradę facecika łapiącego księżyc!), rzutami i tym podobnymi "zagraniami". Było jeszcze coś o tym, że nasi zajęli czwarte miejsce a nie medalowe, ale to się zdarza i nic nie znaczy, bo przecież będzie lepiej. I rzucił pan prezydent ideę: Mistrzostwa Świata w Polsce. To ja podsuwam tu fragment - próbkę tekstu, który pan prezydent, że tak powiem, powinien na takim spotkaniu wygłosić. Mam nadzieję, że po przeczytaniu tekstu, natychmiast dostanę engagement z pałacu namiestnikowskiego i będę opływał w dostatki wypełniając w bardzo wolnych chwilach, i bez wysiłku, braki intelektualne wielkiego intelektualisty, profesora od socjalistycznego prawa pracy. Oto ona próbka: "Szkoda, że nie spotykamy się w innych okolicznościach, ale z ręką na sercu muszę przyznać, że znowu mnie podkusiło i wyrwałem się przed szereg (żeby mnie Tusk nie ubiegł) i zaprosiłem Was do siebie, licząc, że to zaproszenie doda Wam sił. Ale jak zwykle nie dodało. Zresztą, niebawem, jak będziemy sobie robić wspólne zdjęcie, to od razu będzie widać dlaczego tak się stało. Więc gratuluję wam wspaniałej gry, i współpracy z przeciwnikami, bo, pomijając zemstę Norwegów, podania do nich wychodziły wam znakomicie. A trzeba mieć do tego talent. Wiem co mówię, bo jestem, z bratem, znakomitym destruktorem! Niech mi będzie wolno, panie Wenta, pogratulować panu wspaniałej taktyki gry, która polegała na bardzo ostrożnym zbliżaniu się do bramki zespołu przeciwnego, tak, żeby ich przypadkiem nie zaskoczyć i - broń Boże - nie rzucić, z owego zaskoczenia - bramki. Mam również nadzieję, że wasze zasługi w tych mistrzostwach pozwolą nam zorganizować, w niedalekiej przyszłości, Mistrzostwa Świata w Polsce, bo wiadomo, że jak na swojej ziemi, to i sędziowie patrzą inaczej. Poza tym w tej propozycji znowu wyprzedziłem Tuska, więc jestem pierwszy w państwie i najszybszy! A teraz, zamiast medalów, na które nie zasłużyliście, zapraszam do ogrodu zimowego..." I w ten sposób pan Lech, znany ze swej szczęśliwej ręki (gdziekolwiek się nie pojawi tam nasi przegrywają), załatwił nam, już teraz, przegraną w przyszłych Mistrzostwach Świata. Jak ktoś ma taką rękę, to zawsze, nie tylko w rządzeniu, nic mu nie wyjdzie... A nie lepiej nie szkodzić?
niedziela, 31 stycznia 2010
Teza jest taka: poziom intelektualny społeczeństwa jest wynikiem jego edukacji, czyli mądrości. Im mniej mądrości, tym poziom niższy a głupota większa. Do owego poziomu głupoty (bo niestety nie mądrości) prowadzi nas szereg czynników. Ekonomiczne pominę, bo jakoś trzeba żyć, aczkolwiek wyścig szczurów pogrąża nasze społeczeństwo rabując je z czegoś, co kiedyś nazywało się rodziną, której, jednym z obowiązków i ambicji było porządne wychowanie mądrych dzieci. Decydującym czynnikiem zaniżającym poziom i intelekt są media. Brak selekcji treści reklam, beznadziejny poziom intelektualny (podkreślam intelektualny, bo to wcale nie musi iść - i niestety nie idzie - w parze z posiadanymi dyplomami) dziennikarzy, popełniających żenujące błędy językowe, propagowanie rynsztokowej nowo-mowy, uleganie politycznym naciskom, za czym idzie brak myślenia, bezrefleksyjność (poza panem redaktorem Lisem), i celowe oszukiwanie odbiorców. I, droga pani Łepkowska, pisanie mało ambitnych scenariuszy, które kulturowo i intelektualnie stanowią papkę z magla. Wczoraj rano, mój "ulubiony" redaktor naczelny "Wprosta", pan Janecki żachnął się na wyrażoną opinię, że wydaje się, a przynajmniej ma się takie wrażenie, że zajadłość w atakowania rządu i partii rządzącej jest jedynym celem dziennikarstwa, twierdząc, że gdyby chwalili rząd to by był populizm, a tak to jest rzetelnie wykonywany zawód. Jeżeli pan, panie Janecki, uważa, że dziennikarstwo polega na złośliwej i nierzetelnej krytyce, ubarwionej wyraźnie politycznie, z polityczno - propagandowym zamysłem, to jest rzetelne dziennikarstwo, to chroń mnie Panie Boże przed takimi dziennikarzami. Dzięki wam właśnie, poziom intelektualny społeczeństwa jest taki niski. A może to celowe działanie, żeby biedaczków ogłupić, bo - tak jak się panu Putrze wydaje, można im potem wmówić każdą głupotę? Wczoraj zaobserwowałem widoczny dowód (w państwowym radiu i w prywatnej telewizji) na idiocenie dziennikarzy i społeczeństwa. Rzecz w przydomkach. Do tej pory, jakoś, intelektualnie Afrykańczycy mnie nie powalili na łopatki, stąd wcale się nie zdziwiłem, kiedy okazało się, że na mistrzostwach Afryki w piłkę nożną (Angola 2010) grają "Super Orły", "Krokodyle", "Faraonowie", "Antylopy", "Słonie", "Żurawie", "Ogiery", "Czarne Gwiazdy", "Czarne Węże", "Błyskawice" i "Lisy Pustynne". To wszak nie wszystkie, ale reszty nie pamiętam. Nie zdziwiło mnie to, bo to bardzo pasuje do folkloru tego kontynentu: nazwać się dumnie, to więcej niż sukces, można przydomkiem powalić przeciwnika! A jak to dobrze brzmi, kiedy "Super Orły" szybują za piłką, która wpada do bramki! OK. Ale to Afryka i taki afrykański poziom. Aż tu nagle, redaktorzy z Trójki zaczęli od samego rana, w ramach wyrównywania poziomów intelektualnych, wymyślać mini konkurs na przydomek dla naszej drużyny szczypiornistów, bo jakże tak grać bez przydomka, skoro cała Afryka ma przydomki? Wciągnęli w to słuchaczy, więc ludzie z trójkowego poziomu sięgnęli masowo po telefony i dobijali się, na potęgę, do redakcji (podaję numer telefonu : (22) 333 3333), żeby wygłosić swoje propozycje pt. "Jeżyki" (a może "Jerzyki"? bo nie słychać było, czy to było przez samo "ż", czy przez "rz"),"Niedźwiedzie", "Żubry" i takie tam inne głupoty. Ale na tym nie koniec - pani od Salonu Politycznego (chyba pani Michniewicz) Trójki wciągnęła w tę zabawę naszych polityków (poziom już się sam rysuje), a za chwilę, po włączeniu telewizji, okazało się, że tam też trwa, na całego, konkurs na przydomek dla szypiornistów polskich. Tak więc poziom intelektualny, narzucany społeczeństwu przez wszechwiedzącą "trzecią wadzę", stacza się po równi pochyłej. Co było do udowodnienia... Gratuluję, panie i panowie, intelektualna czołówko dziennikarstwa polskiego. Niestety, nie tylko dziennikarstwa.
czwartek, 28 stycznia 2010
To młody gniewny dziennikarz. I zarozumiały jak jasna cholera. Wie wszystko, a szczególnie o działaczach PO, których niszczy. To takie mądrzenie się: jak zrobi A to źle, bo przecież powinien zrobić B. A kiedy jednak, wbrew ironiczno złośliwym przewidywaniom, zrobi B, to oczywiście wiadomo, że powinien zrobić A. I ta zadowolona z siebie minka + szparki-oczka! Panie Piasecki, do pięt pan panu Tuskowi nie dorósł. Żeby było jasne: również mam wiele zastrzeżeń do tego co premier robi, mówi i czyni. Ale nie ma pan kwalifikacji do oceniania działalności Premiera, ani do trywialnego ironizowania z zielonej mapy Polski na tle krajów, w których nie ma przyrostu PKB. Pan, panie Piasecki, z tego wzrostu korzysta. Bo, być może, gdyby to nie było zielone, to pracodawcy, którzy panu płacą, z braku kasy za reklamy od firm, które owe zielone pole na mapie barwią, wyrzuciliby pana na bruk. Proponuję dolać sobie oleju. Choć może szkoda tego z pierwszego tłoczenia. PS: do tego jest pan Konrad, a szkoda, bo to imię wielkiego polskiego marynisty. Nadto zniża sie pan do poziomu pisuarowskich propagandzistów, typu pan Giżyński, czy Hoffman. Oni też mówią tylko to co wiedzą (czytaj: co im każe Jaśnie Wielmożny Jarosław).
Za Wikipedią: Konrad Piasecki (ur. 1 listopada 1970 w Warszawie) – polski dziennikarz radiowy i telewizyjny. Absolwent XLV LO im Romualda Traugutta w Warszawie i Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1992-1994 reporter Radia Kolor, następnie do 2006 roku prezenter i reporter RMF FM. W latach 1996-1999 razem z Tomaszem Skorym prowadził Polityczne Graffiti w Polsacie. W latach 2001 - 2004 prowadził je na przemian z Dorotą Gawryluk. W latach 1999-2001 z Tomaszem Skorym prowadził program Krakowskie Przedmieście 27 w TVP1 i RMF FM. Od 2006 roku reporter Panoramy w TVP2. Ponadto autor artykułów w miesięczniku Press, tygodniku Polityka i felietonista portalu Interia.pl. We wrześniu 2006 roku podjął ponownie pracę w warszawskim oddziale RMF FM. Od 14 kwietnia 2007 do 8 marca 2008 wraz z redaktorem naczelnym tygodnika Newsweek Polska - Michałem Kobosko, był gospodarzem sobotniego Kontrapunktu RMF FM i Newsweeka. Obecnie prowadzi codzienną poranną rozmowę - Kontrwywiad RMF FM. Od piątku 29 lutego 2008 w TVN24 jest gospodarzem autorskiego programu publicystycznego "Piaskiem po oczach". | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||