prawdy wg ks. Tischnera

Góralska teoria poznania mówi, że są trzy prawdy: Świenta prowda, Tyż prowda i Gówno prowda.
Ostatnie wpisy
  • Debata
  • Taki drobiazg
  • Brak taktu, żeby nie ...
  • Milgram i życie
  • Następna konferencja pana ...
  • Litania
  • List otwarty
  • Wiosenne przebieżki
  • Sprawa wyboru
  • Co tam, Panie, w polityce...

OFERTA

Plan dzialki

Kliknij na zdjęcie!


Text




Polska

kris.mm


Kontakt: kris.mm@gazeta.pl


Online Users

statystyka
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Zapisz się na newsletter! Liczba zapisanych: 2
zamów newsletter
Blog > Komentarze do wpisu
« Kreatywna bankowość bang, ...
Prawo, nieprawo... »

Lęki i strachy.

    Edvard Munch

Jak każdy, za wyjątkiem chorych, kretynów i ich pogodnej wersji, mam swoje dołki. Mam swoje strachy i lęki. Czasem pukają nawet wtedy, kiedy czuję się pozytywnie nastawiony do świata. Wtedy je bagatelizuję, upycham do kąta, ale wiem, że są.

I nie są to lęki egzystencjalne. Nie jest to strach przed biedą, strach przed samotnością. To strach przed samym sobą. Uświadamianie sobie, jaki jestem. Co, w owej, ponoć boskiej, konstrukcji szwankuje. Które tryby nie chcą, jak w nadpsutej skrzyni biegów, zaskoczyć powodując okropny zgrzyt.

To również rodzaj spowiedzi, takiej dla siebie. Od, bodaj, czternastego roku życia nie chodzę do kościoła, potem - równolegle z procesem zapominania "Ojcze nasz..." rozstawałem się z Kościołem i religią. Dlatego spowiedź, konfesjonał, uważam za jedno wielkie oszustwo. Owszem, werbalizacja swoich grzechów, jeśli szczera, wymaga pewnej odwagi i pomaga, stąd przecież wszelkie terapie, w tym grupowe rozdrapywanie ran. Ten głośny rachunek sumienia zamieniany jest na spowiedź, ale też jest to ucieczka od odpowiedzialności - wyspowiadam się, odklepię jakieś pacierze i po sprawie. Można zacząć grzeszyć od nowa. A ponieważ życie budujemy na kłamstwie i półprawdach, więc i spowiedź nie zawsze  bywa szczera.

I mój pierwszy strach to uświadomienie sobie, że moich grzechów mi nikt nie odpuści. Muszę z nimi żyć, muszę ich żałować, muszę się rozliczyć, muszę je oceniać, wartościować, a jeszcze trudniej: zdobyć się na odwagę naprawienia wyrządzonego zła.

Mimo tego, że zło (tak samo jak dobro) jest niemierzalną i subiektywną wartością.

Drugi strach to świadomość niebytu po śmierci. Śmierć jako akt ostateczny jest znacznie trudniejsza od śmierci wierzącego w siedemdziesiąt dwie hurysy w niebie, lub w Piotra witającego u bram raju. Nb mój dziadek mawiał (pewnie to nie jego, ale od niego to słyszałem), że woli trafić do piekła, bo towarzystwo tam ciekawsze! No i jaki seksizm w tym islamie! A co dostaną kobiety, w imię Allaha okaleczone za młodu?

Trzeci strach to strach przed samym sobą, strach przed nieobliczalnością własnych poczynań, własną małością, samolubstwem, zaspokajaniem, za wszelką cenę, swoich potrzeb, które w pewnej chwili zaczynają wyglądać jak przyjemności. To zaś wiąże się z nieliczeniem się z innymi i ucieczką od przyjętych norm życia społecznego. Własna wyspa. To by było to. Z moim ustawodawstwem.

Czwarty strach to brak odwagi. Odwagi przed spotkaniem z nieszczęściem innych. A jeżeli jeszcze pogłębiony świadomością, że mogło być inaczej?

                                                     ***

Miałem kiedyś agencję zatrudniającą marynarzy, krótka przygoda, stracone pieniądze, ale miałem. Szukałem kiedyś kapitana na dość trudny statek, tankowiec do przewozu płynnego asfaltu. Rozmawiałem z kolegą z roku, z którym przez trzy lata mieszkałem w jednym pokoju. Nie chciał, twierdził, że ma "swojego" armatora, pływa u nich od lat. Nie chce zmieniać, tylko dlatego, że oferowana przez moją agencję pensja była o kilkaset dolarów wyższa. 

W trzy tygodnie później dotarła do mnie tragiczna informacja. Statek Wojtka zatonął na Śródziemnym. Uratowali się wszyscy, poza kapitanem. Różne wersje jego śmierci, ale to nieistotne. Jego żona (ponieważ nie wyłowiono jego ciała) zdesperowana i zrozpaczona wydała później wszystkie pieniądze na poszukiwania w Afryce północnej, twierdząc, że on na pewno dopłyną do brzegu i jest przetrzymywany przez jakieś afrykańskie (murzyńskie, albo arabskie, jako, że północ Afryki jest arabska!) plemię.

Kapitanem był Wojtek. Może, gdyby przyjął moją propozycję?

                                                      *

Tomek. Chief oficer na ms Heweliusz. Zmarł w trakcie opuszczania statku pamiętnej sztormowej nocy, kiedy "Heweliusz" zatonął. Serdeczny kolega, z którym przeżyłem całą młodość, zabawy na podwórkach, wyprawy do lasów, wygłupy w domach. Nasi rodzice byli zaprzyjaźnieni.

Chyba miesiąc przed jego śmiercią odwiedziłem Irenę, jego żonę w ich gdyńskim mieszkaniu. Pytałem, czy Tomek nie myśli o pracy za granicą. Irena twierdziła, że tak jest dobrze, bo Tomek pływa blisko, pracuje dwa na dwa tygodnie, dużo jest w domu. Irena była sierotą, małżeństwo z Tomkiem, było dla niej zdobyciem całej rodziny, tym bardziej, że wszyscy ją kochali.

Miesiąc przed tą wizytą zmarł ojciec Tomka. Potem Tomek, miesiąc później mama Tomka.

Irena została sama z dwoma chłopcami.

Nie miałem odwagi jej odwiedzić. Strach? Brak odwagi? Słaby kręgosłup?

                                                      *

Krzyś, znakomity, rzutki Chief Mechanik. Pływaliśmy razem ze trzy lata. Miał znakomitą opinię w firmie. Ciągle zapracowany, biegający z biura do siłowni, z siłowni na pokład, usprawniający co się da, reorganizujący pracę tak, żeby była wydajna i efektywna. Ciągle w biegu. Zwłaszcza w porcie, kiedy braliśmy paliwo i zaopatrzenie. Wszystko sprawdzał sam, żeby nie było pomyłki. Powiedziałem mu kiedyś, że kiedyś przez ten pośpiech zrobi sobie krzywdę.

Już nie pływałem, kiedy przyszła wiadomość, że Krzyś nie żyje. W trakcie brania zaopatrzenia stanął nieszczęśliwie pod statkowym dźwigiem suwnicowym, który zabierał ostatni ładunek z barki. Coś źle poszło, ładunek się urwał i spadł na niego. Zginął na miejscu.

Byłem na pogrzebie, byłem na stypie. Ale potem zabrakło odwagi do podtrzymania znajomości z jego żoną.

                                                      *

Każdy ma jakieś wpadki, których się wstydzi. Zastanawiam się, czy wierzący, powierzający swe sumienie "sile sprawczej, wyższej" nie likwiduje przypadkiem swoich stresów wynikających z wyrzutów owego sumienia? Choć nie wszystkie wpadki muszą być jednocześnie grzechem. Błędu w sztuce nie da się oceniać w  kategoriach moralnych. Ale zatajenie prawdy już tak.

Raz w życiu przyznałem się do błędu, dość kosztownego, i, za szczerość, moje notowania w firmie wzrosły znacznie. Do tego stopnia, że armator awansował mnie na kapitana.

Może więc nie trzeba się bać prawdy?

środa, 11 listopada 2009, kris.mm
poleć znajomemu » śledź komentarze (rss) »
Dodaj komentarz »
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog